email: dar-modlitwy@jasnagora.pl | tel. 34 37 77 427

Pierwsza pielgrzymka do Polski, 4-10.06.1979, cz.I

Spis treści:


 

Spełnia się matczyna wola Pani Jasnogórskiej

Pierwsze słowa po przybyciu na Jasną Górę

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Moi Drodzy!
Spełnia się matczyna wola Pani Jasnogórskiej. Jestem tutaj. Jestem i przypominam starą pieśń Konfederatów Barskich: „Bo u Maryi my na ordynansie, u Jezusa my na ordynansie, słudzy Maryi”. Jestem tutaj u Jezusa na ordynansie. Sługa Maryi, Sługa sług Bożych na całej ziemi, na wszystkich kontynentach i w każdym kraju. Sługa powołany z tej ziemi, wzięty od podnóża Jasnej Góry, gdzie nieraz stałem tak, jak Wy teraz stoicie i klęczałem na gołej ziemi tak, jak Wy tu nieraz godzinami klęczycie.
Dzień dzisiejszy przypomina mi inny dzień – już mojego pontyfikatu – kiedy dane mi było udać się do gigantycznego, 12-milionowego miasta Meksyk, do Guadelupe, do Pani Ameryki Łacińskiej. Wszędzie ta sama Pani, Służebnica, Matka.

Kiedy dzisiaj staję tutaj, u tego podnóża, z którego wyszedłem, myślę także o Niej tam, i dziękuję Jej, Matce Ameryki Łacińskiej, Pani Meksyku, za to, że mi pokazała i utorowała drogę znowu tutaj na Jasną Górę. Bo u Chrystusa my na ordynansie, słudzy Maryi.
Przybywam pełnić służbę, do której zostałem wezwany od podnóża Jasnej Góry wśród Was, Drodzy Bracia i Siostry, wśród Was, Drodzy Rodacy, na Jasnej Górze. Amen.
Przyjmijcie jeszcze ostatnie słowo tego powitania: Błogosławieństwo Papieża. Amen.
Jasna Góra, Szczyt, 4 czerwca 1979


Tutaj zawsze byliśmy wolni

„Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy…”
Przychodzą na myśl te słowa poety, wieszcza, który w inwokacji Pana Tadeusza wyraził to, co znajdowało się w jego sercu i znajduje we wszystkich chyba polskich sercach. „…co Jasnej bronisz Częstochowy…” – pisał Mickiewicz, przemawiając językiem wiary, a zarazem językiem tradycji narodowej. Tradycja ta sięga już prawie sześciuset lat, czyli czasów królowej Jadwigi, błogosławionej Pani Wawelskiej, początków dynastii jagiellońskiej. Obraz jasnogórski stał się jednak wyrazem dawniejszej jeszcze tradycji, starszego jeszcze języka wiary w naszych dziejach. Odzwierciedliła się w nim cała treść „Bogurodzicy”, którą wczoraj rozważaliśmy w Gnieźnie, wspominając misję św. Wojciecha i sięgając do samego początku Ewangelii na polskiej ziemi.Ta, która przemawiała pieśnią na ustach praojców przemówiła w swoim czasie tym Wizerunkiem, poprzez który wyraziła się Jej macierzyńska obecność w życiu Kościoła i Ojczyzny. Jej macierzyńska troska o każdą duszę, o każde dziecko, o każdą rodzinę, o każdego człowieka, który żyje na tej ziemi, który pracuje, walczy, ginie na polach bitew, zostaje skazany na zagładę, który zmaga się z sobą, zwycięża, a czasem przegrywa, któremu wypada nieraz opuścić ojczysty zagon, idąc na obczyznę, na emigrację, który… który… każdy…Przyzwyczaili się Polacy – wszystkie, niezliczone sprawy swojego życia, różne jego momenty ważne, rozstrzygające, chwile odpowiedzialne, jak wybór drogi życiowej czy powołania, jak narodziny dziecka, jak matura czyli egzamin dojrzałości, jak tyle innych… wiązać z tym miejscem, z tym sanktuarium. Przyzwyczaili się ze wszystkim przychodzić na Jasną Górę, aby mówić o wszystkim swojej Matce – Tej, która tutaj nie tylko ma swój Obraz, swój Wizerunek, jeden z najbardziej znanych i najbardziej czczonych na całym świecie – ale która tutaj w jakiś szczególny sposób jest. Jest obecna. Jest obecna w tajemnicy Chrystusa i Kościoła – uczy Sobór. Jest obecna dla każdego i dla wszystkich, którzy do Niej pielgrzymują… choćby tylko duszą i sercem, choćby tylko ostatnim tchnieniem życia, jeśli inaczej nie mogą.Przyzwyczaili się do tego Polacy.
Przyzwyczaili się ich pobratymcy, sąsiedzi z różnych narodów. Coraz więcej przybywa tu ludzi z całej Europy i spoza Europy.Kardynał Prymas w takich oto słowach mówił w czasie Wielkiej Nowenny o znaczeniu częstochowskiego sanktuarium w życiu Kościoła, pytał: „Co się stało na Jasnej Górze? Dotąd nie jesteśmy w stanie dobrze na to odpowiedzieć. Stało się coś więcej, niż zamierzaliśmy (O tak, stało się coś więcej, niż zamierzaliśmy!)… Okazało się Jasna Góra jest wewnętrznym spoidłem życia Narodu, jest siłą, która chwyta głęboko za serce i trzyma Naród cały w pokornej a mocnej postawie wierności Bogu, Kościołowi i jego hierarchii. Dla wszystkich nas była to wielka niespodzianka, że potęga Królowej Polski jest w Narodzie aż tak wspaniała”.Cóż więc dziwnego, że i ja tu dziś przybywam. Przecież zabrałem z sobą z Polski na stolicę św. Piotra w Rzymie ten polski nawyk, ten „święty nawyk” Polaków, wypracowany wiarą całych pokoleń, potwierdzony doświadczeniem chrześcijańskim tylu stuleci, ugruntowany w mojej własnej duszy.Bywał tutaj wielokrotnie papież Pius XI – oczywiście, nie jako papież, ale jeszcze jako Achilles Ratti, pierwszy nuncjusz w Polsce po odzyskaniu niepodległości, któremu tak wiele zawdzięczamy.Kiedy po śmierci Piusa XII został wybrany na Stolicę Piotrową papież Jan XXIII, pierwsze słowa, jakie po konklawe skierował do Prymasa Polski, były związane z Jasną Górą. Wspominał swoją tutaj dawniejszą obecność jako delegat apostolski w Bułgarii, a nade wszystko prosił o stałą modlitwę do Matki Bożej w intencji swoich nowych zadań. Prośba ta była codziennie spełniana na Jasnej Górze, nie tylko w czasie pontyfikatu Jana XXII, ale także jego następców.Wszyscy wiemy, jak bardzo pragnął tutaj przybyć w pielgrzymce papież Paweł VI, tak bardzo związany z Polską początkami swojej pracy w warszawskiej nuncjaturze. Papież, który tak wiele uczynił dla unormowania życia kościelnego w Polsce, zwłaszcza gdy chodzi o jej obecne ziemie zachodnie i północne. Papież naszego milenium. Właśnie na milenium chciał tutaj stanąć jako pielgrzym obok wszystkich synów i córek Narodu.I darujcie, że dołączę wspomnienie. Nigdy nie zapomnę tego dnia 3 maja roku milenijnego na Jasnej Górze, kiedy pod portretem nieobecnego Pawła VI wypadło mi, jako metropolicie krakowskiemu, celebrować milenijną Eucharystię jasnogórską, nigdy tego nie zapomnę!Kiedy Bóg odwołał do siebie papieża Pawła VI w uroczystość Przemienienia Pańskiego w roku ubiegłym, kardynałowie ustalili konklawe na dzień 26 sierpnia – czyli właśnie wtedy, gdy w Polsce, a przede wszystkim na Jasnej Górze obchodzono uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Wiadomość o wyborze nowego papieża Jana Pawła I mógł biskup częstochowski podać już w czasie wieczornej Mszy św. związanej z tą uroczystością na Jasnej Górze.A cóż mam o sobie powiedzieć ja, któremu po trzydziestotrzydniowym pontyfikacie Jana Pawła I wypadło z niezbadanych wyroków Bożej Opatrzności przejąć po nim dziedzictwo i sukcesję apostolską na stolicy św. Piotra w dniu 16 października 1978 roku? Cóż mam powiedzieć ja, pierwszy po 455 latach papież wezwany na stolicę rzymską spoza Włoch? Cóż mam powiedzieć ja, Jan Paweł II, pierwszy w dziejach Kościoła i Ojczyzny papież-Polak, papież-Słowianin? Powiem więc, że w owym dniu 16 października, który kalendarz liturgiczny Kościoła w Polsce wiąże ze św. Jadwigą, myślałem przede wszystkim o dniu 26 sierpnia: o poprzednim konklawe i poprzednim wyborze, dokonanym w uroczystość Matki Bożej Jasnogórskiej.

Nie muszę już nawet mówić, że tak jak Jan XXIII, Paweł VI, Jan Paweł I, liczę na modlitwę u stóp Jasnogórskiego Wizerunku. Powołanie syna polskiego Narodu na Stolicę Piotrową zawiera w sobie oczywistą więź z tym świętym miejscem. Z tym sanktuarium wielkiej nadziei – że mogę powtórzyć tylko: Totus Tuus…
I oto dzisiaj znowu tutaj jestem z wami wszystkimi, drodzy bracia i siostry. Z wami, umiłowani rodacy. Z tobą, Księże Prymasie Polski, z tobą, niezłomny orędowniku, z tobą, rzeczniku wielkiej, niezłomnej nadziei, która wytryska z dziejów tej doświadczonej Ojczyzny, z wami, bracia arcybiskupi i biskupi, z całym Episkopatem, do którego przynależałem przez pełnych dwadzieścia lat jako wasz brat, biskup, arcybiskup i metropolita krakowski, jako kardynał. Tyle razy tutaj przybywaliśmy razem! Jakże się cieszę, drodzy bracia, że dzisiaj znowu jesteśmy tutaj razem! Że jesteśmy tutaj razem, drogi metropolito krakowski, mój następco, metropolito wrocławski, metropolito poznański, drodzy moi bracia biskupi, wszyscy po kolei, jak was pamiętam po imieniu, tak jak was codziennie wymieniam w modlitwie po Komunii św. Wszyscy i każdy! Jakaż to radość, że dzisiaj znowu jestem z wami: bracia, bracia!
I jeszcze pozwólcie mi wyrazić i tę radość, że są tutaj i goście nasi, goście tegorocznej uroczystości. Przybyli z różnych stron świata, nawet z bardzo daleka. Najdalsi chyba z Japonii, tak bliskiej nam przez błogosławionego Maksymiliana. Ale także i z Ameryki Łacińskiej, z wyspy świętego Dominika. Z Brazylii biskupi, nasi rodacy!
Ale i z bliska, z Europy, z sąsiedztwa, od zachodu i od południa: i z Niemiec, i z Jugosławii. To tyle, co mogę rozpoznać pod tymi parasolami, a kogo nie rozpoznałem, to dodamy później!

A teraz pozwólcie, że jeszcze jedną radość wyrażę. Cieszę się z tego, że może mi w tej podróży towarzyszyć i tu, na Jasnej Górze, być z nami, prosekretarz stanu, arcybiskup Agostino Casaroli, który dobrze zna to miejsce i dobrze zna tę drogę do Polski. I drogę z Rzymu ku Wschodowi, ku całemu Wschodowi! Przecież był wyrazem tej niestrudzonej troski papieża Pawła VI o cały europejski Wschód i cały Wschód!

I raduję się również z tego, że jest tutaj dzisiaj w moim towarzystwie inny wytrwały podróżnik i pielgrzym do naszej ziemi ojczystej i na Jasną Górę, arcybiskup Luigi Poggi. Wiem, że Matka Najświętsza była dla niego również natchnieniem w tej samej wielkiej i trudnej sprawie, której służył i służy z woli Stolicy Apostolskiej.

Są tu jeszcze, moi drodzy, inni goście z Rzymu, którzy przybyli ze mną: powiem wam ich nazwiska, żebyście sobie zapamiętali, bo są tu pierwszy raz: arcybiskup Martinez i biskup Martin.
Musi wszystkich biskupów świata urzec Jasna Góra!
Moi drodzy, i tak mi się powiedziała znowu taka niekrótka wstawka i już widzę, jak będą na mnie krzyczeć, że znowu dzisiaj przedłużyłem kazanie… No, cóż zrobić z tym polskim, słowiańskim papieżem, co zrobić?

Kochany Księże Prymasie!
Wprowadziłeś, Ty, niestrudzony sługo Ludu Bożego, ty, niestrudzony, niezmordowany miłośniku i służebniku Pani Jasnogórskiej, wprowadziłeś w program swojego prymasowskiego pasterzowania odwiedziny papieża w Polsce.
Księże Prymasie! Pozwól mi tylko to jedno jeszcze powiedzieć, że ci się spełnia – i ja za to Bogu dziękuję – że ci się spełnia ten punkt twego odważnego, bohaterskiego programu, duszpasterzowania w Polsce i w świecie współczesnym!
Bóg zapłać! Bóg zapłać! Będziemy powoli wracać do toku naszych rozważań, ale trudno nie podziękować Matce Bożej za te chwile serdecznej szczerej radości, która jest udziałem całego Ludu Bożego, która jest wyrazem jego proroczej misji. To jest profetyczna radość! Bóg wam zapłać!
Drodzy Bracia i Siostry, umiłowany Episkopacie Polski, z naszym wspaniałym Prymasem na czele!
Tyle razy przybywaliśmy tutaj!
Stawaliśmy na tym świętym miejscu, przykładaliśmy niejako czujne pasterskie ucho, aby usłyszeć, jak bije serce Kościoła i serce Ojczyzny w Sercu Matki. Jasna Góra jest przecież nie tylko miejscem pielgrzymek Polaków z Polski i całego świata. Jasna Góra jest Sanktuarium Narodu. Trzeba przykładać ucho do tego świętego miejsca, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! Ale również okrzykami radości i zwycięstwa! Można na różne sposoby pisać dzieje Polski, zwłaszcza ostatnich stuleci, można je interpretować wedle wielorakiego klucza. Jeśli jednakże chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj. Trzeba przyłożyć ucho do tego miejsca. Trzeba usłyszeć echo życia całego Narodu w Sercu jego Matki i Królowej! A jeśli bije ono tonem niepokoju, jeśli odzywa się w nim troska i wołanie o nawrócenie, o umocnienie sumień, o uporządkowanie życia rodzin, jednostek, środowisk, trzeba przyjąć to wołanie. Rodzi się ono z miłości matczynej, która po swojemu kształtuje dziejowe procesy na polskiej ziemi.

Jeszcze jedno słowo do was, drodzy ojcowie paulini, stróże Jasnej Góry! Niech dzień dzisiejszy jeszcze raz wam ukaże, jakiego strzeżecie skarbu! Jak go macie strzec! Niech wam Maryja pomaga w tym wielkim posługiwaniu!

Powiedziałem o procesie dziejowym, który toczy się w sercach Polaków. Ostatnie dziesięciolecia potwierdziły ten dziejowy proces i wzmogły go. W tym czasie dokonało się tutaj oddanie Polski Niepokalanemu Sercu Maryi 8 września 1946 roku. Prowadzili wtedy Lud Boży nasi wielcy poprzednicy: kardynał August Hlond i kardynał Adam Stefan Sapieha. W dziesięć lat później odnowione zostały na Jasnej Górze śluby Jana Kazimierza (1656-1956) w 300 lat od chwili, kiedy ten król po okresie „potopu” ogłosił Bogarodzicę Królową Polskiej Korony. Równocześnie zaś prawie, w 1656, w katedrze lwowskiej Maryja została nazwana uroczyście przez monarchę, przez władcę tej ziemi Królową Korony Polskiej. Jesteśmy dziedzicami tego tytułu i wielkich ślubów! Od 1956 rozpoczęła się Wielka Nowenna przed tysiącleciem chrztu Polski. I oto w roku polskiego milenium, 3 maja 1966 roku, tutaj, na tym miejscu zostaje wypowiedziany ustami Prymasa Polski jasnogórski Akt Oddania w macierzyńską niewolę Bogarodzicy za wolność Kościoła w Polsce i świecie współczesnym. Ten historyczny Akt zostaje wypowiedziany wobec nieobecnego tutaj ciałem, ale obecnego duchem papieża Pawła VI, jako szczególne świadectwo wiary żywej i mężnej, takiej, jakiej oczekują i jakiej potrzebują nasze czasy.

Jest to Akt Oddania w macierzyńską niewolę. Mówi on o niewoli. Znaczenie słowa „niewola” tak dotkliwe dla nas, Polaków, kryje w sobie podobny paradoks, jak słowa Ewangelii o własnym życiu, które trzeba stracić, ażeby je zyskać (por. Mt 10, 39).
Wolność jest wielkim darem Bożym. Trzeba go dobrze używać. Miłość stanowi spełnienie wolności, a równocześnie do jej istoty należy przynależeć – czyli nie być wolnym, albo raczej być wolnym w sposób dojrzały! Jednakże tego „nie-bycia-wolnym” w miłości nigdy nie odczuwa się jako niewoli, nie odczuwa jako niewoli matka, że jest uwiązana przy chorym dziecku, lecz jako afirmację swojej wolności, jako jej spełnienie. Wtedy jest najbardziej wolna! Oddanie w niewolę wskazuje więc na „szczególną zależność”, na świętą zależność i na „bezwzględną ufność”. Bez tej zależności świętej, bez tej ufności heroicznej, życie ludzkie jest nijakie!

Tak więc słowo „niewola”, które nas zawsze boli, w tym jednym miejscu nas nie boli. W tym jednym odniesieniu napełnia nas ufnością, radością posiadania wolności! Tutaj zawsze byliśmy wolni! Jeszcze o tym Akcie jasnogórskim:

Słowa tego Aktu, wypowiedziane językiem polskich dziejowych doświadczeń, polskich cierpień, ale i polskich zwycięstw, miały swój profetyczny wydźwięk właśnie w owym momencie dziejów Kościoła i świata. Właśnie po zakończeniu Soboru II Watykańskiego, który – jak słusznie uważamy – otworzył nowy okres tych dziejów. Zapoczątkował nową epokę, nowe, pogłębione rozumienie człowieka, jego „radości i nadziei, ale równocześnie jego smutku i trwogi”, jego zagrożeń, jak głoszą pierwsze słowa konstytucji pastoralnej Soboru „Gaudium et spes”. Kościół pragnie wychodzić na spotkanie człowieka współczesności i przyszłości, świadomy jego wielkiej godności, jego wspaniałego powołania w Chrystusie… Kościół pragnie odpowiadać na odwieczne i współczesne zarazem pytania ludzkich serc i ludzkich dziejów – i w tym celu dokonał na Soborze dzieła gruntownego poznania siebie, swojej natury, swojej misji, swoich zadań.

W dniu 3 maja 1966 roku Episkopat Polski dodaje do tego fundamentalnego dzieła Soboru swój Akt jasnogórski: oddanie w macierzyńską niewolę Bogarodzicy za wolność Kościoła w świecie i w Polsce. Jest on wołaniem serca i woli, wołaniem całego chrześcijańskiego jestestwa osoby i wspólnoty o pełne prawo do głoszenia zbawczej misji, o misji tej wszechstronną skuteczność, o jej nowe zakorzenienie w idącej (i już obecnej) epoce dziejów świata – przez Maryję! Jest to zarazem jakieś na wskroś oryginalne odczytanie tej prawdy o obecności Bogarodzicy w tajemnicy Chrystusa i Kościoła, jak głosi VIII rozdział konstytucji „Lumen gentium”. Odczytanie na wielką miarę wedle tradycji świętych – takich jak Bernard z Clairvaux, jak Grignon de Montfort, jak Maksymilian Kolbe.

Papież Paweł VI przyjął owoc polskiego milenium z Jasnej Góry. Świadczy o tym jego bulla znajdująca się przy wizerunku Czarnej Madonny, a dzisiaj tutaj złożona, przy ołtarzu eucharystycznym. Dzisiaj jego niegodny następca pragnie dokonać tego ponownie, pragnie ponownie przyjąć ten Akt Oddania, przybywając na Jasną Górę nazajutrz po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, kiedy w całej Polsce obchodzi się święto Matki Kościoła. Wiele razy Paweł VI posługiwał się tym wezwaniem. Ale dzisiaj po raz pierwszy papież obchodzi to święto, wyrażając wraz z wami, czcigodni i drodzy bracia, wdzięczność dla swego wielkiego poprzednika, który od czasów Soboru zaczął Maryję wzywać tym tytułem: Matka Kościoła. I tak Ją też nazwał w swoim „Credo Ludu Bożego”.

Ten tytuł pozwala nam wniknąć w całą tajemnicę Maryi, od chwili Niepokalanego Poczęcia poprzez Zwiastowanie, Nawiedzenie i Betlejem aż do Kalwarii. Ten tytuł pozwala nam wszystkim odnaleźć się – tak jak to przypomina dzisiejsza liturgia – w wieczerniku, gdzie apostołowie wspólnie z Maryją, Matką Chrystusa, trwają na modlitwie, oczekując po wniebowstąpieniu Pana na spełnienie się obietnicy: na przyjście Ducha Świętego, ażeby mógł narodzić się Kościół! W narodzinach Kościoła uczestniczy w sposób szczególny Ta, której zawdzięczamy narodzenie Chrystusa.
Kościół raz narodzony w wieczerniku Zielonych Świąt, stale się rodzi w tym wieczerniku. Rodzi się, aby stawać się naszą duchową matką na podobieństwo Matki Słowa Przedwiecznego. Rodzi się, ażeby znaleźć w sobie, wciąż znajdować w sobie, znamiona i moc tego macierzyństwa – macierzyństwa Bogarodzicy – któremu zawdzięczamy, że „zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy” (1 J 3, l). Przenajświętsze bowiem ojcostwo Boga samego posłużyło się w swej zbawczej ekonomii tym dziewiczym macierzyństwem swojej pokornej Służebnicy, aby dokonać w synach ludzkich dzieła boskiej wolności.

Kiedy więc – drodzy rodacy, czcigodni i umiłowani bracia w biskupstwie, pasterze Kościoła w Polsce, oraz wy, dostojni goście – jestem z wami tutaj, w dniu dzisiejszym, pozwólcie, że jako następca św. Piotra zawierzę z tą samą żywą wiarą, z tą samą heroiczną nadzieją, z jaką czyniliśmy to w pamiętnym dniu 3 maja polskiego milenium, Kościół cały Matce Chrystusa. Pozwólcie, że przyniosę tutaj to, co niedawno czyniłem w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore, a potem w Meksyku w sanktuarium w Guadalupe – te same tajemnice serc, te same bóle i cierpienia epoki kończącego się drugiego tysiąclecia od narodzenia Chrystusa, te same wreszcie nadzieje i oczekiwania…
Pozwólcie, że wszystko to tutaj zawierzę!
Pozwólcie, że wszystko to zawierzę w nowy sposób!
Jestem człowiekiem zawierzenia.
Nauczyłem się nim być tutaj!
Amen.


Zawierzenie do najdalszych granic miłości

Akt oddania Matce Bożej

Wielka Boga-Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico i Pani Jasnogórska…
tymi słowami wielekroć razy biskupi polscy na Jasnej Górze przemawiali do Ciebie, przynosząc w sercach doświadczenia i troski, radości i bóle, a nade wszystko wiarę, nadzieję i miłość swych Rodaków.Niech mi wolno będzie dzisiaj od tych samych słów rozpocząć nowy jasnogórski Akt Oddania, który rodzi się z tej samej wiary, nadziei i miłości, z tradycji ojczystej, w której przez tyle lat uczestniczyłem, a równocześnie z nowych zadań, które za Twoją sprawą, o Maryjo, zostały powierzone mnie, niegodnemu człowiekowi, a równocześnie Twemu przybranemu synowi.Zawsze tak wiele mówiły mi te słowa, które Twój jedyny, rodzony Syn, Jezus Chrystus, Odkupiciel człowieka, wypowiedział z wysokości krzyża do Jana – apostoła i ewangelisty: „Oto Matka twoja”. Zawsze w słowach tych znajdowałem miejsce każdego człowieka – i moje własne miejsce.Dzisiaj obecny tu za przedziwnym zrządzeniem Bożej Opatrzności, pragnę na tej Jasnej Górze mej ziemskiej Ojczyzny, Polski, przede wszystkim potwierdzić to wielorakie i wielokrotne oddanie i zawierzenie, które było wyrażone przez Prymasa i Episkopat Polski w różnych momentach. W sposób szczególny pragnę potwierdzić i ponowić milenijny Akt jasnogórski z dnia 3 maja 1966, w którym oddając się Tobie, Bogurodzico, w macierzyńską niewolę miłości, biskupi polscy pragnęli przez to służyć wielkiej sprawie wolności Kościoła nie tylko we własnej Ojczyźnie, ale i w całym świecie. W kilka zaś lat później, w dniu 5 września 1971, oddali Ci, jako Matce Kościoła, ludzkość całą, wszystkie narody i ludy współczesnego świata, swoich pobratymców w wierze, języku, we wspólnocie dziejowych losów, rozszerzając swe polskie zawierzenie do owych najdalszych granic miłości, jak tego domaga się Twoje Serce: Serce Matki, które ogarnia każdego i wszystkich, wszędzie i zawsze.Pragnę w dniu dzisiejszym, przybywając na Jasną Górę jako pierwszy papież-pielgrzym, odnowić całe to dziedzictwo zawierzenia, oddania i nadziei, które tu tak wielkodusznie zostało nagromadzone przez moich braci w biskupstwie i Rodaków.
I dlatego zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi.Oblubienico Ducha Świętego i Stolico Mądrości! Twojemu pośrednictwu zawierzamy wspaniałą wizję i program odnowy Kościoła w naszej epoce, która wyraziła się w nauce Soboru Watykańskiego II. Spraw, abyśmy tę wizję i ten program w całej autentycznej prawdzie – tak jak za naszą nieudolną posługą dał nam ją poznać Duch Święty – w tejże samej prawdzie, prostocie i mocy czynili przedmiotem naszego postępowania, posługiwania, nauczania, pasterzowania, apostolatu. Żeby cały Kościół odradzał się w tym nowym źródle poznania swej własnej istoty i misji, nie czerpiąc z żadnych obcych ani zatrutych „cystern” (por. Jr 8, 14).Obyśmy w tym wielkim dziele coraz dojrzalej spotykali się z naszymi braćmi w wierze, ze Wschodu i z Zachodu, z którymi łączy nas tak wiele, choć jeszcze niejedno dzieli. Obyśmy, poprzez wszystkie środki poznania, wzajemnego poszanowania, miłości, wspólnego działania na wielu polach, mogli stopniowo odnaleźć boski zarys tej jedności, w którą mamy sami wejść i wszystkich wprowadzić, aby jedna owczarnia Chrystusa rozpoznała i przeżyła z radością swoją jedność na ziemi. O Matko zjednoczenia, ucz nas stale tych dróg, które do zjednoczenia prowadzą!
Pozwól nam nadal wychodzić na spotkanie wszystkich ludzi i wszystkich ludów, które na drogach różnych religii szukają Boga i pragną Mu służyć. Pomóż nam wszystkim objawiać Chrystusa i okazywać „moc Bożą i mądrość Bożą” (por. 1 Kor 1, 24), która ukryta jest w Jego Krzyżu – Ty, która pierwsza ukazałaś Go w Betlejem nie tylko prostym i wiernym pasterzom, ale też mędrcom z obcych krain.
Matko Dobrej Rady! Wskazuj nam zawsze, jak mamy służyć człowiekowi i ludzkości w każdym Narodzie, jak prowadzić go na drogi zbawienia. Jak zabezpieczyć sprawiedliwość i pokój w świecie wciąż od wielu stron straszliwie zagrożonym. Jakże bardzo pragnę przy dzisiejszym spotkaniu zawierzyć Ci, o Matko, te wszystkie trudne sprawy społeczeństw, ustrojów i państw, które nie mogą być rozwiązane na drodze nienawiści, wojny i samozniszczenia, ale tylko na drodze pokoju, sprawiedliwości, poszanowania praw ludzi i narodów.O Matko Kościoła! Spraw, ażeby Kościół ten cieszył się wolnością i pokojem w spełnianiu swojej zbawczej misji! Niech staje się w tym celu dojrzały nową dojrzałością wiary i wewnętrznej jedności. Pomóż nam przemóc opory, trudności i słabości! Pomóż nam ujrzeć na nowo całą prostotę i godność chrześcijańskiego powołania! Spraw, aby nie brakowało „robotników w winnicy Pańskiej”. Uświęcaj rodziny. Czuwaj nad duszą młodzieży i sercem dzieci. Pomóż w przezwyciężeniu wielkich zagrożeń moralnych, które w różnych narodach godzą w podstawowe środowiska życia i miłości. Daj nam odradzać się wciąż całym pięknem świadectwa dawanego Krzyżowi i Zmartwychwstaniu Twojego Syna.O jakże wiele byłoby spraw, które przy tym spotkaniu powinien bym wyrazić, nazwać po imieniu. O jakżeż wiele byłoby ludów i narodów, o których chciałbym Ci tu powiedzieć. Matko, po imieniu! Zawierzam Ci je wszystkie w milczeniu. Zawierzam Ci je wszystkie, o Matko, tak jak Ty sama najlepiej je znasz i odczuwasz.Czynię to na miejscu wielkiego zawierzania, skąd widać nie tylko Polskę, ale także Kościół cały w wymiarach krajów i kontynentów: cały w Twoim macierzyńskim Sercu.
Ten Kościół cały, w świecie współczesnym i przyszłym. Kościół postawiony na drogach ludzi, ludów, narodów i ludzkości, ja, Jan Paweł II, jego pierwszy sługa, oddaję tutaj Tobie, Matce, i zawierzam z bezgraniczną ufnością. Amen.

Przekazanie Złotej Róży

A teraz mam jeszcze jedną prośbę. Proszę Księdza Prymasa, a wraz z Nim Stróżów Jasnej Góry, ażeby przyjęli ode mnie, Biskupa Rzymu, świecę paschalną rzymskiego sanktuarium Salus Populi Romani, i proszę, ażeby przyjęli jako dar tych odwiedzin złotą różę Jana Pawła II dla Pani Jasnogórskiej.
Ojciec św. Jan Paweł II przekazuje Złotą Różę wraz z dokumentem w tłumaczeniu polskim na ręce Ks. Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego i O. Generała Paulinów Józefa Płatka.
Dokument przekazania Złotej Róży:

Gdy podejmujemy podróż do Polski, gdzie obchodzi się uroczystość dziewięćsetlecia chwalebnego męczeństwa św. Stanisława, Naszego Poprzednika na Stolicy Krakowskiej, serce nasze zwraca się spontanicznie ku przesławnemu sanktuarium częstochowskiemu, które jest znakomitym miejscem kultu maryjnego w owym Kraju. Do niego bowiem zwykli udawać się pasterze, kapłani, zakonnicy, wierni, jakby do wieczystego źródła łaski niebieskiej i duchowej pociechy. Tam doznaje najżarliwszej czci obraz Błogosławionej Dziewicy Maryi, a jego kopie są przedmiotem szczególnego nabożeństwa nie tylko w granicach Polski, lecz także w innych krajach, zwłaszcza tam, gdzie przebywają synowie tego Narodu.Kierowani tą myślą postanowiliśmy w tej podróży udać się do owego sanktuarium z pragnieniem odbycia pielgrzymki; aby sławnej Bogurodzicy, której od dawna oddaliśmy się całkowicie, złożyć osobiście gorące hołdy Rzymskiego Biskupa – pierwszego Polaka – a także, by przywieźć z sobą złotą różę, przez którą moglibyśmy wyrazić uczucia wzruszonego serca naszego i podnieść godność tejże świątyni.
Przeto z własnej decyzji, na mocy niniejszego Pisma, użyczamy i przekazujemy w darze złotą różę sanktuarium częstochowskiemu, wybitnie odznaczającemu się kultem maryjnym, jak powiedziano, aby ją przechowali członkowie Zakonu Braci św. Pawła Pierwszego Pustelnika, stróże tego miejsca.O wszystkim zaś, o co usilnie prosiliśmy Boga, Ojca miłosierdzia w uroczystym obrzędzie poświęcenia tejże róży, ponownie błagamy z pokorą, aby raczył w pełni użyczyć tego całemu Narodowi Polskiemu.
Dan w Rzymie, u Świętego Piotra, pod pieczęcią Rybaka, dnia 31 maja 1979 r. – pierwszego Naszego Pontyfikatu.(-) JOANNES PAULUS PP. II
Jasna Góra, Szczyt, 4 czerwca 1979

Świadomość swojej tożsamości

Do Przełożonych Męskich Zgromadzeń Zakonnych.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Moi Drodzy! To spotkanie w jakiejś mierze jest nieformalne. I przemówienie, które teraz wygłaszam, też nie jest przemówieniem rejestrowanym, przynajmniej w spisie, który był zaprogramowany z góry. A także i w swojej treści chcę, aby pozostało przemówieniem nieformalnym właśnie z tych motywów, które tutaj ojciec prowincjał, a równocześnie dyrektor, przełożony waszej konsulty, bardzo trafnie wymienił. Po prostu zbyt się dobrze znamy, ażebyśmy przy tym spotkaniu mieli stwarzać jakiś kontekst nazbyt formalny. Niemniej, chociaż to utrzymuję w takim charakterze, w charakterze spotkania z Rodakami, w charakterze spotkania z ludźmi, którzy są mi osobiście znani, w charakterze spotkania, powiedzmy, przyjacielskiego, zdaję sobie sprawę, że staję przed wami jako – od niedawna, od 16 października 1978 – wasz główny przełożony. I tu chcę od razu powiedzieć: główny, ale nie jedyny. To, co z racji tego przełożeństwa miałem już do powiedzenia, to starałem się wstępnie powiedzieć na spotkaniu z przełożonymi najwyższymi, generalnymi, w Rzymie, które miało miejsce jeszcze w jesieni tamtego roku. Po uzgodnieniu pewnych podstawowych treści z prefektem Kongregacji wygłosiłem przemówienie, które w jakiejś mierze odnosi się i do was, ponieważ jest skierowane do wszystkich wyższych przełożonych zakonów męskich na całym świecie, z racji mojego przełożeństwa.Równocześnie pragnę powiedzieć, że to było przemówienie pierwsze, że jeszcze w stosunku do zakonów męskich a także i żeńskich, nie zdobyłem się na dokument osobisty, chociażby takiej treści, jak list do kapłanów na Wielki Czwartek. Oczywiście, że w tym liście do kapłanów wy także się w znacznej mierze mieścicie. Wasz świat zakonny męski w znacznej mierze jest światem kapłanów. Ale ten list waszej specyfiki zakonnej nie ujmuje wprost. Ujmuje waszą specyfikę kapłańską. Poza tym ten list niejako pozostawia poza marginesem całą specyfikę zakonną tych rodzin, czy też tych osób zakonnych, które nie są kapłanami. A takich w Kościele jest bardzo wiele, I stąd też świat zakonny, zarówno męski jak i żeński, w pewnym sensie jeszcze czeka na moje słowo z racji tej zwierzchności, jaką mi Chrystus w stosunku do was powierzył. Powiadam: męski i żeński, bo jakkolwiek do zakonów żeńskich były już skierowane takie przemówienia zarówno w Rzymie, jak też pod adresem przełożonych generalnych, ich unii z całego świata, to wszystkie te wypowiedzi mają charakter wstępny, przygotowawczy. Ja sam jeszcze czekam na to światło, które jest mi potrzebne, ażebym mógł się odezwać do zakonów w wymiarze Kościoła powszechnego.Jeżeli chodzi natomiast o was tutaj zgromadzonych, to znaczy o wyższych przełożonych zakonów polskich, to: po pierwsze – wszystko, co zostało już powiedziane, odnosi się także do was. Ale do was odnosi się jeszcze coś więcej. Przede wszystkim odnosi się ta moja świadomość, że zakony męskie w Polsce (żeńskie – to osobna sprawa) w znacznej mierze zachowały swoją tożsamość. Myślę nawet, że zachowały ją w pełni; że nie przeżywają kryzysu tożsamości, którą zdają się przeżywać liczne zakony męskie i żeńskie w świecie. Trzeba dobrze analizować przyczyny tego kryzysu. Jeżeli w Polsce to się nie stało, to wypada nam tutaj na tym miejscu, na Jasnej Górze, dziękować za to Opatrzności Bożej przez pośrednictwo Matki Kościoła.
Nie stało się to na pewno dlatego, że w Polsce to się stać nie mogło. Dlatego, ponieważ my, inaczej prowadzeni ręką Opatrzności Bożej, musieliśmy i nadal musimy widzieć rzeczywistość Kościoła w kontekście Vaticanum II. Dał nam Pan Bóg bardzo trudne doświadczenia. Ale poprzez te doświadczenia, poniekąd dzięki nim, my inaczej odczytujemy znaki czasu. Inaczej – i chyba bardziej trafnie. Nie chcę być pomawiany przez kogokolwiek o patriotyzm lokalny. Muszę się tego bardzo strzec, zwłaszcza od 16 października ubiegłego roku. Ale sądzę nieco po owocach. To nie jest żaden aprioryzm. To jest teologiczny i pastoralny aposterioryzm. Lub jeżeli ktoś woli – empiryzm. W każdym razie tak te rzeczy widzę.Trzeba nam dziękować Opatrzności Bożej, za przyczyną Pani Jasnogórskiej, przede wszystkim za to, że zakony męskie i żeńskie w Polsce ostały się w pełni. W wymiarze tak zwanego drugiego świata to jest wyjątek. Błogosławiony wyjątek: że zachowały swój byt, a z kolei, że zachowały swoją tożsamość. Być może, że na tę tożsamość niektórzy ze świata zachodniego patrzą jako na zapóźnienie. Nie obawiajmy się tego. Ja się tego nie obawiam. Czasem „zapóźnienia” są przez Opatrzność Bożą zaplanowane po to, żeby wyrównać różne biegi czasu. Wiadomo, że ludzie – a w tym szerokim pojęciu mieści się także i Kościół, duchowieństwo i zakony – chodzą różnymi „biegami” i czasem trzeba pozornych „zapóźnień” po to, żeby wyrównać biegi.
Moi drodzy! Od tej strony was znam. Jest wielką zasługą Episkopatu Polski, jest szczególną zasługą Prymasa Polski i jest zasługą Stolicy Apostolskiej, która okazała to szczególne zaufanie Prymasowi Polski, powtarzam: szczególną zasługą tych wszystkich okoliczności, tych wszystkich wyznaczników, jest to, że zakony w Polsce są, i że są tym, czym są, że posiadają pełną świadomość swojej tożsamości, że czują się potrzebne społecznie, że są prawidłowo wmontowane w całokształt życia i posłannictwa Kościoła w Polsce. Jakkolwiek prawdą jest i pozostaje prawdą po Vaticanum II, że najwyższym, w pewnym sensie jedynym zwierzchnikiem zakonów jest papież, to przecież po Vaticanum II nie może stanowić żadnej wątpliwości, że to zwierzchnictwo papieża musi się rozumieć w jakiejś relacji kolegialnej.Z pewnością tej relacji trzeba będzie jeszcze bardzo szukać. Sądzę, że wielkim krokiem na tej drodze jest dokument wypracowany wspólnie przez Kongregację ds. Biskupów i Kongregację ds. Zakonów oraz Instytutów Świeckich. To jest wielki krok na tej drodze. Na pewno tego pogodzenia wymiaru prymacjalnego z wymiarem kolegialnym, gdy chodzi o życie, o posłannictwo, o rozwój, o przyszłość, o miejsce rodzin zakonnych w Kościele, trzeba będzie jeszcze szukać na całym świecie. Może najmniej w Polsce. A jeżeli także w Polsce – to sądzę, że nie musimy tutaj już robić żadnego odwrotu. Wystarczy, że może tylko na pewnych odcinkach dociągniemy kroku.
Powiadam: przemówienie nieformalne, improwizowane. Niech nikt na świecie, żaden dziennikarz nie łapie papieża za język.
Pragnę was pobłogosławić i pożegnać po bratersku.
Jasna Góra, Biblioteka, 4 czerwca 1979

Wyjątkowe posłannictwo diecezji maryjnej

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!Moi drodzy Bracia i Siostry!
Na ręce waszego biskupa Stefana, biskupa Kościoła częstochowskiego, wyrażam moją najgłębszą radość, że jestem tutaj dzisiaj z wami, że jestem tutaj z wami wszystkimi, że przyjmuje mnie Kościół częstochowski. Przybyłem w pielgrzymce na Jasną Górę. Pielgrzymka ta, jak już mówiłem przed południem, była upragnionym celem życia papieża Pawła VI. Jakże wielka jest moja wdzięczność dla Opatrzności Bożej, że pozwoliła mi dzisiaj spełnić to pragnienie życia wielkiego papieża naszego polskiego milenium! Przybyłem więc na Jasną Górę, która jest starsza aniżeli Kościół częstochowski, bo zbliża się do swego 600-lecia. Przybyłem na Jasną Górę poprzez Kościół częstochowski, skoro bowiem Jasna Góra, Pani Jasnogórska, Jej przedziwna obecność w tajemnicy Chrystusa i Kościoła, Jej przedziwna obecność w dziejach naszego Narodu dała początek diecezji częstochowskiej przed pięćdziesięciu z górą laty, to przybywając na Jasną Górę, przybywam niejako przez całą prehistorię, przez całą przeszłość, a zarazem przez serce Kościoła częstochowskiego w jego współczesności.I stąd wielka moja radość, że mogłem naprzód postawić stopę przy katedrze częstochowskiej, którą już dawno przed powstaniem diecezji przygotowywali Biskupi włocławscy, a która dzisiaj jest centrum życia kościelnego diecezji częstochowskiej.
W tej chwili w programie moich odwiedzin na Jasnej Górze znajduje się ten szczegółowy punkt poświęcony samemu Kościołowi częstochowskiemu. Pragnę więc wyrazić moją radość z tego, że ten Kościół jest, że ma już swoje półwiecze za sobą i że żyje swoim autonomicznym życiem, że służy jako diecezja maryjna Kościołowi w Polsce i w świecie, spełniając wyjątkowe, związane z Jasną Górą, posłannictwo.
Pragnę również wyrazić radość z tego, że ten Kościół częstochowski, który od początku swego istnienia jako diecezja znalazł się w granicach metropolii krakowskiej, mogłem jako dawny metropolita krakowski tak dobrze poznać, tak się z nim głęboko zespolić. Dzisiaj wyrazem tego jest obecność mego następcy, nowego metropolity krakowskiego, wśród nas. Jednakże ten nowy metropolita krakowski jeszcze jest młody, a ja byłem metropolitą krakowskim przez dobrych paręnaście lat i miałem sposobność przekonać się, co to znaczy posiadać we wspólnocie metropolitalnej Kościół częstochowski, diecezję częstochowską; co to znaczy posiadać w tej wspólnocie Jasną Górę, ale co to znaczy również posiadać w tej wspólnocie cały Lud Boży Kościoła częstochowskiego, tak bardzo zróżnicowany, tak bardzo bogaty w swojej historycznej przeszłości. Wystarczy tylko przejść w myśli drogę od Wielunia do Sosnowca, już rysuje się przed nami obraz tego wielkiego bogactwa, czasem trudnego, zawsze wielkiego. I miałem też sposobność jako „emerytowany” metropolita krakowski, miałem sposobność przekonać się, co to znaczy mieć we wspólnocie kolegialnej biskupów metropolii krakowskiej biskupa Stefana, waszego ordynariusza, i co to znaczy mieć we wspólnocie biskupa Tadeusza, takiego kanonistę i liturgistę, i co to znaczy mieć w tej wspólnocie biskupa Franciszka – wy najlepiej wiecie, co to znaczy! A teraz macie jeszcze jednego biskupa, którego już we wspólnocie biskupiej ja nie pamiętam. Był wtedy rektorem seminarium duchownego w Krakowie (za chwilę o tym osobno powiem), był także profesorem dogmatyki na Wydziale Teologicznym Papieskim, Wydziale, który dziedziczy tradycje 600-letnie Almae Matris Jagellonicae, ufundowanej przez błogosławioną królową Jadwigę. Tak się złożyło, wyjechałem do Rzymu, nie przypilnowałem – i został biskupem! I teraz niech się już nowy metropolita krakowski przekonuje, co to znaczy mieć we wspólnocie kolegialnej metropolii krakowskiej jeszcze tego czwartego, najmłodszego biskupa częstochowskiego.Moi drodzy, musicie się uzbroić w cierpliwość, bo ja tu mam kartki, ale daleko do tego, żebym zaczął je czytać! Za długo byłem metropolitą krakowskim, żebym nie wykorzystał tej okazji, skoro tutaj już stoję, do różnych rozrachunków z diecezją częstochowską. A więc, moi kochani, przez te lata metropolitalne miałem sposobność przekonać się, co to znaczy mieć w tej wspólnocie duchowieństwa metropolii krakowskiej duchowieństwo częstochowskie, księży częstochowskich, zwłaszcza że całe to duchowieństwo częstochowskie od pierwszego, najstarszego, do najmłodszego kapłana przyznaje się do podwójnego patriotyzmu: częstochowskiego i krakowskiego równocześnie. A to wszystko jest owocem decyzji, którą podjął pierwszy biskup częstochowski, niezapomniany biskup częstochowski, śp. Teodor Kubina, kiedy wspólnie z innym wielkim biskupem, również świętej pamięci, Stanisławem Adamskim z Katowic i z metropolitą krakowskim, wielkim księciem, księciem ducha, Adamem Stefanem kardynałem Sapiehą, decydowali, żeby stworzyć właśnie w Krakowie w orbicie tej najstarszej uczelni polskiej, najstarszej uczelni teologicznej, trzy bratnie seminaria duchowne: częstochowskie, katowickie i krakowskie, razem ze sobą zespolone przez wspólnotę akademicką Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. To była decyzja na miarę epoki. Trzeba dobrze pamiętać czasy, w których tę decyzję podejmowano. Czasy porozbiorowe, po odzyskaniu niepodległości. Przecież byliśmy przez sto z górą lat podzieleni pomiędzy trzy zabory. Trzeba było, ażebyśmy w odrodzonej, niepodległej Polsce zaczęli poznawać się na nowo, zaczęli mówić wspólnym językiem. To byli wielcy biskupi, którzy taką decyzję podejmowali. I dlatego też, moi drodzy, ja duchowieństwo częstochowskie znam i mam wśród księży częstochowskich kolegów, z którymi spotykam się na rocznicowych spotkaniach co roku. Myślę, że jeżeli ci moi księża-koledzy z diecezji częstochowskiej i katowickiej również (o krakowskiej nie wspominam, to się samo przez się rozumie) spotykali się ze mną – kapłanem, spotykali się ze mną – biskupem, metropolitą, kardynałem, to chyba Ojcem Świętym też nie pogardzą!To tyle, moi drodzy, tych rozrachunków z przeszłości. Widać, że są one bardzo pocieszające dla biskupa częstochowskiego i dla byłego metropolity krakowskiego. A ponieważ nie wiem, czy będzie taka dobra okazja, ażeby dać wyraz tej naszej niedawnej jeszcze wspólnej przeszłości, temu naszemu braterstwu biskupiemu, którego tak bardzo szukaliśmy wspólnie, czynię to tutaj w Częstochowie, patrząc z tego miejsca, sprzed kościoła św. Zygmunta na wieżę jasnogórską. Niech to, co powiedziałem o przeszłości, będzie dobrym zadatkiem na przyszłość Kościoła częstochowskiego.Ażeby już powiedzieć wszystko do końca i żeby mnie dobrze słyszał także mój następca w Krakowie, ufam, że te prace, które podjęliśmy nie tylko na rzecz synodów diecezjalnych, ale także na rzecz synodu prowincji. Synodu Metropolitalnego krakowskiego, prace, które ja tylko zacząłem i zostawiłem – ufam, że te prace będą prowadzone dalej i do prowadzone do końca pod opieką Pani Jasnogórskiej i św. Stanisława.Moi drodzy, chciałem was tutaj wszystkich najserdeczniej pozdrowić, ogarnąć myślą, sercem, pamięcią, modlitwą, tak jak tutaj stoicie, reprezentując Kościół diecezji częstochowskiej, przede wszystkim samą Częstochowę, stolicę tego Kościoła, ale także i wszystkie jego dekanaty, wszystkie jego rejony odznaczające się właściwą specyfiką; chciałem pozdrowić was wszystkich, wszystkich diecezjan, całą wspólnotę Ludu Bożego. Chciałem pozdrowić was przede wszystkim wedle tego podstawowego kryterium powołania chrześcijańskiego, którym jest rodzina. Wszystkie rodziny, wszystkich rodziców, wszystkie dzieci, wszystkie pokolenia w tych rodzinach. Rodzina jest fundamentem życia ludzkiego w każdym wymiarze. Chciałem pozdrowić was wedle różnych powołań szczególnych, zawodów bardzo zróżnicowanych, poczynając od tych – może najprostszych, jak praca na roli – a przecież tak bardzo podstawowych, tak bardzo nieodzownych, poprzez pracę w przemyśle czy też w rzemiośle. Diecezja wasza jest w znacznej mierze diecezją przemysłową. Zagłębie: wielkie warsztaty pracy przemysłowej, górniczej, hutniczej przylegające wprost do Śląska. Z kolei wedle różnych zawodów inteligenckich, wedle różnych specjalizacji zawodowych: lekarze, prawnicy, nauczyciele, cała służba zdrowia, ludzie nauki, ludzie reprezentujący różnorakie przygotowanie zawodowe, różnorakie prace zawodowe. Chcę pozdrowić, pobłogosławić każdego i wszystkich. Każdy dom, każdy ludzki dom, każdy ludzki warsztat pracy. Niech będzie ta błogosławiona równowaga pomiędzy każdym ludzkim warsztatem pracy i każdym ludzkim domem. Warsztat pracy jest dla domu, bo dom jest dla człowieka. Dom jest dla człowieka i praca jest dla człowieka. Trzeba, żeby przez pracę człowiek miał swój dom i żeby przez pracę człowiek mógł rosnąć w swoim ludzkim domu.Tak bym krótko ujął moje życzenia dla wielkiej i zróżnicowanej społeczności Ludu Bożego diecezji częstochowskiej.
U początków dziejów tej diecezji stoi wielki biskup-społecznik. On by to może powiedział w swoim języku, w swojej śląskiej gwarze, jak mówił, wszyscy to pamiętamy, przynajmniej my, starsi, ja już do nich należę – on by to powiedział w swoim języku, on by to powiedział w kategoriach swoich czasów, ale to są kategorie trwałe. Niech Bóg błogosławi zmarłych pasterzy, zarówno pierwszego pasterza diecezji częstochowskiej, Teodora, jak też jego następcę, biskupa Zdzisława. Niech im da wieczne zbawienie i oglądanie swego Oblicza, a następcę błogosławi w posługiwaniu.
Kochani moi! Mam jeszcze dla was szczególny temat, który łączy się z przygotowaniem, jakie teraz diecezja częstochowska przeżywa, oczekując na rychłe już rozpoczęcie peregrynacji Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Jeszcze trwa ta peregrynacja w prymasowskiej archidiecezji gnieźnieńskiej, niezadługo przejdzie na teren waszej diecezji. Myślałem, że się te dwie daty zbiegną z sobą, że będę mógł tutaj witać Matkę Bożą na progu nowego etapu Jej nawiedzenia. Ponieważ jeszcze jakiś czas potrwa nawiedzenie archidiecezji gnieźnieńskiej, pragnę Matkę Bożą powitać tutaj duchowo na tym ostatnim etapie Jej pielgrzymowania w ramach tej pierwszej peregrynacji. Ufam, że witając Ją w duchu, czynię to w zjednoczeniu z umiłowanym moim bratem, biskupem Kościoła częstochowskiego, z biskupami, którzy go tutaj w tej diecezji wspomagają, z wszystkimi duszpasterzami, kapłanami diecezjalnymi i zakonnymi, z umiłowanymi siostrami tylu zgromadzeń.
Coraz więcej zgromadzeń żeńskich szuka swego miejsca w zasięgu Jasnej Góry i Kościół częstochowski bogaci się o ten szczególny skarb, jakim jest dla Ludu Bożego powołanie i konsekracja zakonna.Nawiedzenie Obrazu Jasnogórskiego w jego wiernej kopii, którą poświęcił w 1957 r. Ojciec Święty Pius XII, ma już swoją ponad dwudziestoletnią historię. Od lata 1957 roku Obraz zaczął nawiedzać po kolei poszczególne parafie, przechodząc od archidiecezji warszawskiej do diecezji siedleckiej, łomżyńskiej, do archidiecezji w Białymstoku, na Pojezierze i Pomorze do diecezji warmińskiej, gdańskiej i chełmińskiej – z kolei na teren dawnej administracji gorzowskiej, na którym obecnie znajdują się trzy diecezje: szczecińsko-kamieńska, koszalińsko-kołobrzeska oraz gorzowska w nowych granicach. Z kolei nawiedzenie przeszło na Śląsk: do archidiecezji wrocławskiej i diecezji opolskiej, ażeby stamtąd trafić do diecezji katowickiej oraz do dalszych południowych: archidiecezji krakowskiej, diecezji tarnowskiej, przemyskiej, na teren archidiecezji w Lubaczowie – do diecezji lubelskiej, a następnie do sandomierskiej. Po nawiedzeniu diecezji kieleckiej Obraz skierował się do diecezji w Drohiczynie, następnie do diecezji łódzkiej, aby stamtąd przejść ku północy: do diecezji włocławskiej i płockiej. Od Płocka łańcuch nawiedzenia przejęła archidiecezja poznańska, a od niej gnieźnieńska. Po gnieźnieńskiej na zakończenie tego wspaniałego łańcucha jako ostatnie ogniwo przychodzi diecezja częstochowska. Wymieniłem wszystkie etapy nawiedzenia, ponieważ każdy z nich coraz pełniej rozwijał ów błogosławiony zamysł, jakim kierował się sługa Boży papież Pius XII, a także Episkopat Polski, podejmując nabożeństwo nawiedzenia przed dwudziestu z górą laty.Witałem Panią Jasnogórską w Jej Obrazie nawiedzenia w różnych etapach. Witałem Ją zwłaszcza wówczas, gdy nawiedzenie przebiegało przez parafie i wspólnoty Ludu Bożego archidiecezji krakowskiej, kiedy byłem tej archidiecezji pasterzem.
Dziś pragnę pozdrowić Ją jako – z niezbadanych wyroków Opatrzności – następca wszystkich papieży polskiego nawiedzenia, następca na Stolicy Piotrowej Piusa XII, Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I, wszystkich papieży polskiej peregrynacji, dziękując Jej za wszystkie łaski nawiedzenia na każdym etapie. Wiem z własnego pasterskiego doświadczenia, jak ogromne to są łaski i jak niezwykłe. Poprzez nawiedzenie Wizerunku Jasnogórskiego w jego wiernej kopii otworzył się jak gdyby nowy rozdział dziejów Pani Jasnogórskiej na ziemi polskiej.W nawiedzeniu tym znalazła również swój doświadczalny wyraz nauka Soboru Watykańskiego II zawarta przede wszystkim w Konstytucji dogmatycznej o Kościele. Nawiedzenie ukazało, i stale ukazuje, czym jest ta rzeczywista macierzyńska obecność Bogarodzicy w tajemnicy Chrystusa i Jego Kościoła. Wychodząc ze swego jasnogórskiego sanktuarium, ażeby nawiedzać po kolei wszystkie polskie parafie w poszczególnych diecezjach, Maryja okazała się nam wszystkim w sposób szczególny Matką. Matka bowiem nie tylko oczekuje na swoje dzieci we własnym domu, ale idzie za nimi wszędzie, gdzie one zakładają swoje domy. Wszędzie tam, gdzie żyją, gdzie pracują, gdzie tworzą swoje rodziny, gdzie bywają przykute do łoża boleści – a nawet tam, gdzie schodzą na manowce, gdzie zapominają o Bogu, gdzie sumienia mają obciążone grzechem…
Wszędzie tam…Pragnę więc dzisiaj razem z wami tu obecnymi wyrazić przeogromną wdzięczność za to wszystko. Pragnę być głośnym echem wszystkich serc, wszystkich rodzin, wszystkich wspólnot, wszystkich parafii, wszystkich duszpasterzy: kapłanów, biskupów. Wszystkich.

A równocześnie, witając w duchu Maryję w Jej Obrazie nawiedzenia już na progu każdej parafii diecezji częstochowskiej, poczynając chyba od parafii na osiedlu Tysiąclecia, kiedy łańcuch nawiedzenia przejmie biskup Kościoła częstochowskiego ze swoimi braćmi w biskupim urzędzie, z duszpasterzami, kapłanami, rodzinami zakonnymi, z całym Ludem Bożym – pragnę być zwiastunem wielkiego oczekiwania i żarliwej nadziei. Tym oczekiwaniem przepełnione są wasze serca. Nadzieję Ona sama przynosi w swoim Wizerunku. Czyż nie stała się wielkim przełomem w dziejach ludzkości chwila Zwiastowania w Nazaret? Czyż nie wniosła nadziei Maryja w dom Zachariasza, gdy przybyła, aby odwiedzić Elżbietę, swoją krewną? Czyż papież Paweł VI nie nazwał Bogarodzicy w naszych trudnych czasach „Początkiem Świata Lepszego”? Czyż nie czuł tej samej tajemnicy polski rycerz Niepokalanej – błogosławiony Maksymilian Kolbe?

Niech będzie błogosławione przebywanie Maryi w każdej po kolei parafii waszej częstochowskiej diecezji.

Tak jak na początku sługa Boży Pius XII, tak dziś na ostatnim etapie nawiedzenia Jasnogórskiego Obrazu ja, niegodny jego następca, Jan Paweł II, papież – syn Narodu polskiego, wszystkim, którzy przyjmują Maryję, z całego serca błogosławię. Niniejsze zaś pozdrowienie i błogosławieństwo przekazuję na ręce waszego biskupa, biskupa Kościoła częstochowskiego, ażeby było – zgodnie z tradycją – odczytywane w czasie nawiedzenia poszczególnych parafii. A teraz, moi drodzy, pragnę wszystkim zgromadzonym udzielić błogosławieństwa. Pragnę przez to błogosławieństwo poświęcić równocześnie krzyże, które macie z sobą. Krzyże, które mają upamiętnić nasze szczególne spotkanie w tajemnicy Krzyża Chrystusowego, bo przecież w tej tajemnicy się spotykamy, nią się chlubimy, ku niej prowadzi nas Maryja, przez nią dążymy do zmartwychwstania. Pragnę pobłogosławić wspólnie z księżmi biskupami wszystkie krzyże, które macie, a potem jeszcze osobno pobłogosławić kamienie węgielne kościołów, które są w budowie na terenie Diecezji Częstochowskiej.
Częstochowa, przed kościołem św. Zygmunta, 4 czerwca 1979


Wszystkim – błogosławieństwo

Moi Drodzy, gdyby ktoś nie wiedział, niech odtąd wie, że tu w tym domu mieszka Biskup częstochowski. Ja jestem teraz jego gościem, bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ znam ten dom, kuchnię też. Możemy sobie mówić, co chcemy, możemy sobie żartować, jak chcemy, ale św. Paweł wyraźnie napisał, że Biskup musi być gościnny. Musimy się starać, żeby dzisiaj nie był za bardzo gościnny, żebym jeszcze wrócił tam, gdzie mam wrócić, ale poradzimy sobie.Chciałbym jeszcze powiedzieć dobre słowo pod adresem tych wszystkich Panów, którzy pilnują porządku, którzy mają tyle kłopotów z Papieżem. Mam na myśli Panów z Milicji Obywatelskiej. Ja wiem, co to za trud. I na każdym miejscu daję temu wyraz, ponieważ odkąd zostałem Papieżem, to wciąż mi towarzyszy jakaś policja albo watykańska, albo włoska, albo meksykańska, albo polska. Kiedy wrócę do Rzymu, powiem tym moim stałym towarzyszom wszystkich wyjazdów na wizytacje parafii rzymskich, że w Polsce bardzo elegancko mnie przyjmowali ich koledzy, bardzo wytwornie i dyskretnie spełniali tę swoją trudną funkcję. Nie jest ona łatwa, bo Papież chciałby każdego przygarnąć, dosięgnąć, rękę mu podać, krzyżyk zrobić na czole. Czasem wyrwie matce dziecko i to się mu czasem udaje. A równocześnie jeśli w takim spotkaniu uczestniczy, łagodnie biorąc, sto tysięcy ludzi, a może i milion – to nie da się, musi być porządek! Byłem świadkiem takiego momentu, który mnie nawet zabolał. W tym robieniu porządku przewróciła się jedna kobieta. Mam nadzieję, że nic się jej nie stało, że tylko się przewróciła. Ale jak ją ktoś zobaczy, niech powie, że Papież o tym wspominał i że mu było przykro. To się na pewno stało tylko z przypadku.
Naprawdę szczerze wszystkim pilnującym porządku czy to ze strony kościelnej – bo widzę, że jest także kościelna służba porządkowa – czy też ze strony państwowej – bardzo jestem wdzięczny.Jeszcze jest jedna kategoria ludzi, której bardzo chcę podziękować – to jest służba zdrowia. Naprawdę wszędzie widzę te zespoły Służby Zdrowia, lekarzy i pielęgniarki. Wszystko jest podyktowane troską o nas wszystkich razem. Ja to widzę, doceniam i za to wszystko jestem ogromnie wdzięczny. I tę wdzięczność publicznie wyrażam.
Jeszcze jedno – tutaj przede mną widzę taki transparent z napisem: „Magdeburg grüßt den Heiligen Vater”. Nie wiem, ilu ich jest, ale również Heiliger Vater grüßt Magdeburg!
A skoro się już zaczęło od tego jednego pozdrowienia, to niech jeszcze pozdrowi ten „Sviaty Otiec” wszystkich, którzy są tutaj spoza granicy, czy będą – są! widać! – z Czechosłowacji, czy może z Węgier, czy może ze Wschodu? Wszystkich, którzy tutaj są, czy mają transparent, czy go nie mają, pozdrawiam najserdeczniej. I na tym kończę. Jeszcze pobłogosławię Wam razem z Księdzem Arcybiskupem Metropolitą Krakowskim i z Księdzem Biskupem Częstochowskim.Wszystkim błogosławieństwo! Niech mamy i taty zrobią krzyżyk na czole swoich dzieci od Papieża. Niech was błogosławi Bóg wszechmogący, Ojciec, Syn i Duch święty. I te auta też są pobłogosławione. Wszyscy!Częstochowa, Rezydencja Biskupa Ordynariusza, 4 czerwca 1979


Po ludzku bezsilni – źródłem siły waszego Brata i waszego Ojca

Do chorych w czasie Apelu Jasnogórskiego

Moi drodzy Bracia i Siostry!
Jasnogórscy Pielgrzymi!
Gromadzimy się u stóp sanktuarium w tej wieczornej godzinie, która od wielu lat związała się na Jasnej Górze i w Polsce z tradycją Apelu Jasnogórskiego. Gromadzimy się, ażeby wyśpiewać słowa tego Apelu, które śpiewaliśmy, przygotowując się do tysiąclecia chrztu i które nadal śpiewamy jako żywe świadectwo tego tysiąclecia, tego polskiego milenium. Pragnę, korzystając z mojej obecności na Jasnej Górze, przewodniczyć wspólnocie Apelu Jasnogórskiego dzisiaj i jutro.Pragnę w tej naszej wspólnocie powitać wszystkich pielgrzymów, a zwłaszcza tych, którzy tutaj przybyli spoza Polski. Witałem już wielu rano. Teraz widzę tu wśród zgromadzonych: dostojnego gościa, arcybiskupa Esztergom, Prymasa Węgier, kardynała Laszló Lekai. Wprawdzie istnieje różnica w naszych językach, ale nasz gość dość dobrze zrozumiał, że to jego właśnie pozdrawiamy, chociaż pozdrawiamy po polsku. Stare polskie porzekadło mówi: „Polak, Węgier dwa bratanki”. Kiedy zostałem wezwany na Stolicę Piotrową ze stolicy krakowskiej, uważałem sobie za jeden z moich obowiązków, ażeby pozdrowić tak bardzo bliski nam Kościół i Naród. Czyniłem to w imię wielorakich więzi historycznych. Czyniłem to jako następca św. Piotra, ale jeszcze z pełną świadomością następca św. Stanisława. Trudno byłoby w takim momencie nie przypomnieć, że przecież właśnie z Węgier przybyła do nas królowa Jadwiga, ta wielka Pani, ta święta Pani, ta opatrznościowa Królowa naszych dziejów, która spoczywa w swoim wawelskim sarkofagu i jest tam nawiedzana przez rzesze Polaków, jak też cudzoziemców, a wśród cudzoziemców najczęściej się przy tym sarkofagu Jadwigi zatrzymują nasi bracia z Węgier.Cóż więcej? Trudno byłoby tu wszystko przypominać z tych, jakże równoległych do naszych polskich, dziejów Korony św. Stefana. Wszyscy pamiętamy, jak wielkie zasługi położył dla Polski Stefan Batory, który przybył do nas z Siedmiogrodu, był naszym królem, jednym z największych w dziejach. I dlatego też myślę, że nie tylko jako papież, ale jako Polak jestem wyrazicielem uczuć wszystkich moich Rodaków, kiedy składam na ręce pierwszego przedstawiciela hierarchii Kościoła na Węgrzech te życzenia dla Kościoła i dla Narodu. Złożyłem je już wówczas w odrębnym liście do Episkopatu węgierskiego, dzisiaj je ponawiam stąd, z Jasnej Góry.Moi drodzy Bracia i Siostry!
Wiele byłoby tematów do poruszenia, wiele środowisk ludzkich do przypomnienia. Ogarnijmy je wszystkie naszym sercem, naszą modlitwą, naszym Apelem. Pozwólcie jednak, że w sposób szczególny to moje dzisiejsze rozważanie złączone z Apelem Jasnogórskim poświęcę wielkiej, ludzkiej społeczności chorych – chorych i cierpiących w całej naszej Ojczyźnie. Nie może w czasie tej mojej pielgrzymki po Polsce zabraknąć słowa o chorych, którzy zawsze naprawdę są mi bliscy i drodzy. Zawsze i wszędzie. Wiem, moi umiłowani, piszecie mi o tym często w waszych listach, że wielu z was, chorych, ciężki krzyż choroby, cierpienia ofiaruje w intencji papieża, w intencji mojego posługiwania, w intencjach Kościoła i to tych najważniejszych. Bóg wam zapłać.
Pragnę zapewnić chorych na całym świecie, ale dzisiaj pragnę zapewnić przede wszystkim was, chorych w Polsce, że w mojej modlitwie czuję szczególną z wami bliskość i więź. Jednoczę się duchowo z wami wszystkimi. W szczególny sposób odnawiam to zjednoczenie w duchu, które łączy mnie z każdym człowiekiem cierpiącym, z każdym chorym przykutym do łóżka szpitalnego, czy do wózka inwalidzkiego, z każdym człowiekiem, który w jakikolwiek sposób nawiedzony jest krzyżem.Drodzy moi Bracia i Siostry!
Zawsze spotkanie z wami, gdziekolwiek ono dokonywało się w przeszłości, czy gdziekolwiek dokonuje się teraz, było i jest dla mnie źródłem głębokiego poruszenia ducha. Czułem i czuję, jak niewystarczające jest każde słowo, które mógłbym wypowiedzieć, w którym mógłbym przekazać moje ludzkie współczucie. I tak to odczuwam do dzisiaj, tak odczuwam zawsze. Pozostaje jednakże ten jeden wymiar, ta jedna rzeczywistość, w której cierpienie człowieka doznaje zasadniczej odmiany. Tym wymiarem, tą rzeczywistością jest Krzyż Chrystusa. Na krzyżu swoim Syn Boży dokonał odkupienia świata. I poprzez tę tajemnicę każdy krzyż, który dźwiga człowiek, nabiera niepojętej po ludzku godności. Staje się znakiem zbawienia dla tego, kto go dźwiga, a także dla innych. „Dopełniam w moim ciele, czego nie dostawa cierpieniom Chrystusa” – napisał św. Paweł (por. Kol 1, 24). I dlatego też łącząc się z wami wszystkimi, którzy cierpicie na całej polskiej ziemi – gdziekolwiek: po domach, po szpitalach, klinikach, przychodniach, sanatoriach, wszędzie gdziekolwiek jesteście, proszę was: czyńcie zbawienny pożytek z krzyża, który stał się szczególnym udziałem każdego z was. Proszę dla was o łaskę światła, o łaskę mocy ducha w cierpieniu, abyście nie upadli w sercu, abyście sami widzieli sens cierpienia, a także drugich swą modlitwą i swą ofiarą dźwigali. Nie zapominajcie też o mnie, nie zapominajcie o całym Kościele, o całej sprawie Ewangelii i pokoju, której służę z woli Chrystusa. Bądźcie, wy, słabi i po ludzku bezsilni, źródłem siły waszego brata i waszego ojca, który trwa przy was modlitwą i sercem.„Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa” (Łk 1, 38) – to słowa, które Maryja wypowiada poprzez tyle ludzkich warg: czasem spieczonych gorączką, trawionych cierpieniem, czasem bliskich rozpaczy. Te słowa, które zostają jedynym blaskiem życia, niech staną się dla was wszystkich stałym światłem waszej trudnej drogi. I Bóg wam zapłać, drodzy bracia i siostry, Bóg wam zapłać! Wy wszyscy bezimienni, którzy tutaj jesteście, bliscy mojemu sercu, do których mówię i o których mówię wobec Pani Jasnogórskiej w tej właśnie godzinie Jasnogórskiego Apelu.
I jeszcze pozwólcie, że do tego „Bóg zapłać” dołączę drugie „Bóg zapłać”. To drugie jest dla wszystkich, którzy się o was troszczą, którzy wam okazują serce. Którzy cale swoje życie poświęcają waszej służbie, kształcą się w tym kierunku, zdają egzaminy, przechodzą wielorakie ćwiczenia, potem pracują jako lekarze, czy to jako pielęgniarki. Cala służba zdrowia, cały ten zastęp ludzi, który może nie zawsze świadom jest tego, że wciela w sposób szczególny powołanie ewangeliczne, bo przecież Chrystus powiedział: „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie”, a kiedy pytali Go: „Kiedyśmy to uczynili”, odpowiedział: „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych – z tych przykutych do łoża boleści, do inwalidzkiego wózka – Mnieście uczynili” (por. Mt 25, 36n). Niech będą błogosławione ręce, niech będą błogosławione umysły i serca wszystkich, którzy służą chorym. Niech to posługiwanie chorym i cierpiącym będzie głośnym wezwaniem całej naszej Ojczyzny, całego Kościoła w Polsce, wołaniem o obecności Chrystusa. Chrystus jest wśród nas przez tych, którzy cierpią. Jeżeli dostrzegamy, jeżeli wychodzimy na spotkanie, jeżeli pomagamy, jeżeli przenosimy na rękach chorych, jeżeli opatrujemy rany, jeżeli wynosimy te wszystkie szpitalne kubły, w których znajdują się odpadki po operacjach, po opatrunkach, to wszystko razem jest wielkim wołaniem o obecności Chrystusa wśród nas. Niech to wołanie będzie potężne w Kościele polskim. Niech będzie powszechne w Kościele polskim. Niech wielu będzie wolontariuszy tego posługiwania wśród duchownych, wśród duszpasterzy, wśród sióstr zakonnych, wśród młodzieży. Jakież ja wywiozłem z sobą z Polski wspomnienia młodzieży akademickiej, która tak chętnie posługiwała chorym, choćby w czasie rekolekcji dla nich!To całe duszpasterstwo chorych, ten cały wielki dział duszpasterstwa charytatywnego w Polsce pragnę tu dzisiaj przywołać w godzinie Apelu Jasnogórskiego, ażeby wszystkim tym ludziom, dobrym sercom, podziękować od Serca Matki i od Serca Jej Syna. Zatrzymajmy się, bracia i siostry, na tym jednym rozdziale naszego życia. Zanieście to rozważanie i to pozdrowienie wszystkim chorym i cierpiącym, a także wszystkim, którzy pomagają chorym chorować i cierpiącym cierpieć; wszystkim ludziom czyniącym Chrystusowe miłosierdzie, nawet jeżeli nie pamiętają o tym, że Chrystus jest jego źródłem.Jasna Góra, Szczyt, 4 czerwca 1979

Wasza obecność przejrzystym znakiem Ewangelii

Do Sióstr zakonnychNiech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Drodzy moi Bracia w Biskupstwie, Czcigodni Koncelebransi!
Drodzy Bracia i Siostry, Pielgrzymi!Pragniemy w czasie tej Mszy św. otoczyć kręgiem, nie tylko naszej obecności, ale przede wszystkim modlitwy, zgromadzone tutaj siostry zakonne z całej Polski. To dla nich jest to spotkanie eucharystyczne. To o nich będzie też wyłącznie mowa w tym, co pragnę teraz powiedzieć. Zasługują na to, oczekują tego. Kiedy o nich będziemy przede wszystkim mówić, kiedy za nie będziemy się nade wszystko modlić, tak jak to już zapowiedział na początku biskup częstochowski, kiedy modlitwy nasze będziemy kierować o powołania zakonne, zwłaszcza o powołania sióstr, będziemy równocześnie służyć sprawie Ludu Bożego, Kościoła na naszej polskiej ziemi, a także – z uwagi na charakter uniwersalny i misyjny powołania zakonnego – będziemy służyć sprawie Kościoła w całym świecie współczesnym.
Po tym wstępie zwracam się do was.Drogie Siostry!
Serdecznie raduję się z tego spotkania, jakie Opatrzność Boża zgotowała mi dzisiaj z wami u stóp Pani Jasnogórskiej. Przybyłyście tak licznie z całej Polski, aby wziąć udział w pielgrzymce waszego Rodaka, którego Chrystus w niezgłębionym swoim miłosierdziu wezwał, jak ongiś Szymona z Betsaidy, kazał mu opuścić ojczyste strony i objąć następstwo na stolicy biskupiej w Rzymie. Kiedy obecnie dane mu jest – temu waszemu Rodakowi – jeszcze raz powrócić do tych stron, pragnie przemówić do was tą mową, którą niejednokrotnie dawniej przemawiał jako następca św. Stanisława w Krakowie, a która teraz nabrała innego jeszcze – uniwersalnego – wymiaru.
Temat „powołanie zakonne” jest jednym z najpiękniejszych wśród wszystkich, jakimi przemówiła do nas i stale przemawia Ewangelia. Temat ten znajduje szczególne wcielenie w Maryi, która powiedziała o sobie: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa” (Łk 1, 38). Myślę, drogie Siostry, że słowa te znalazły swoje głębokie echa w powołaniu i profesji zakonnej każdej z Was.
Kiedy dzisiaj wypada mi do was przemówić tutaj, cisną się na pamięć wspaniale rozdziały z nauczania Kościoła, zwłaszcza na ostatnim Soborze, a także jakże liczne dokumenty ostatnich papieży na wasz temat.
Pozwólcie jednak, iż opierając się na całym tym bogactwie nauki Kościoła, odwołam się do kilku moich już skromnych wypowiedzi.Czynię to dlatego, że w wypowiedziach moich znalazły echo liczne, jakże liczne, osobiste moje dawne spotkania ze środowiskami zakonnymi w Polsce. Przeniosłem je jako zasób osobistego doświadczenia do Rzymu. W wielu sprawach musiałem powiedzieć sobie od pierwszego dnia w ten sposób: Skoro mnie, Panie Jezu, stamtąd wziąłeś, to jestem taki, jaki stamtąd przychodzę. Widocznie Ci taki jestem potrzebny w tej chwili. Ale nie o sobie chcę mówić w tej chwili, ale o was. Więc przeniosłem do Rzymu zasób doświadczeń, które pochodzą ze współpracy z wami przez dwadzieścia lat w Polsce.Może więc łatwiej będzie wam siebie, polskie zakonnice, odnaleźć w tych słowach, które – skierowane do nowych środowisk i mówiące wszędzie o tej samej sprawie – związane są w jakiś szczególny sposób z wami. Mówią o was, o polskich siostrach. O polskich rodzinach zakonnych.Wkrótce po rozpoczęciu mojego nowego posługiwania miałem szczęście spotkać się z dwudziestu prawie tysiącami sióstr z całego Rzymu. Oto fragment przemówienia, które wówczas do nich skierowałem: „To powołanie wasze jest szczególnym skarbem Kościoła, który nie może zaprzestać modlitwy o to, aby Duch Jezusa Chrystusa wzbudzał w duszach powołania zakonne. Są one bowiem zarówno we wspólnocie Ludu Bożego, jak też i wobec «świata» żywym znakiem «przyszłego wieku». A równocześnie ten znak tak bardzo wrasta w życie codzienne Kościoła i społeczeństwa, przenika jego najczulsze tkanki…”Wasza „obecność musi stanowić przejrzysty znak Ewangelii dla wszystkich. Ta obecność musi być z kolei źródłem szczególnego apostolstwa. Jest to apostolstwo wielorakie, trudno mi tutaj nawet wymieniać różne jego odmiany, dziedziny, kierunki. Łączy się ono ze szczególnym charyzmatem każdego zgromadzenia, z jego duchem apostolskim, który Kościół i Stolica Apostolska z radością akceptuje, widząc w nim wyraz żywotności samego Ciała Chrystusa! Jest to apostolstwo najczęściej dyskretne, bliskie człowiekowi i przez to szczególnie odpowiednie dla duszy kobiecej, która wrażliwa jest właśnie na człowieka, powołana do tego, aby być siostrą i matką. Właśnie to powołanie znajduje się również w samym «sercu» waszej zakonności. Jako biskup Rzymu proszę, abyście były matkami i siostrami w duchu dla wszystkich ludzi w tym Kościele, który Pan Jezus w swoim niewypowiedzianym miłosierdziu i łasce zechciał mi powierzyć”.W dniu 24 listopada ubiegłego roku dane mi było spotkać się z liczną grupą, kilkusetosobową grupą przełożonych generalnych zebranych w Rzymie pod przewodnictwem kardynała-prefekta Kongregacji ds. Zakonów. Z przemówienia wówczas wygłoszonego niech mi będzie wolno także przytoczyć kilka zdań: „Powołanie zakonne – mówiłem – należy do owej pełni duchowej, którą budzi i formuje w Ludzie Bożym sam Duch Duch Chrystusa. Bez zgromadzeń zakonnych, bez życia «poświęconego Bogu» poprzez śluby: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, Kościół nie byłby w pełni samym sobą… Wasze domy powinny być przede wszystkim ośrodkami modlitwy, skupienia, dialogu – osobistego i wspólnotowego – z Tym, który jest i ma pozostać pierwszym i naczelnym rozmówcą w każdym waszym pracowitym dniu. Jeśli będziecie umiały ożywiać ten «klimat» intensywnym i pełnym miłości zjednoczeniem z Bogiem, wówczas ciągły rozwój odnowy życia i dyscypliny, do jakiego zobowiązuje was Sobór Watykański II, będzie się odbywał bez powodujących urazy napięć i bez wstrząsów”. To z przemówienia do sióstr-matek generalnych.Wreszcie Meksyk. Głęboko zapadło mi w pamięć i serce to spotkanie, które tak jak tu z wami, na Jasnej Górze, tak z siostrami meksykańskimi miało miejsce w stolicy tego kraju. Trudno, żeby było inaczej. Siostry bowiem wszędzie i zawsze stwarzają wokół tych spotkań klimat szczególnie serdeczny i z radością przyjmują wypowiedziane do nich słowa. Więc i z tego meksykańskiego spotkania kilka myśli: „Wasze powołanie zasługuje, dziś tak jak wczoraj, na najwyższe uznanie papieża i Kościoła. Dlatego pragnę wyrazić pełne radości zaufanie do was i zachęcić was, byście się nie zniechęcały idąc naprzód po drodze, która zasługuje na to, by ją kontynuować odważnie i z entuzjazmem. Ileż możecie uczynić dziś dla Kościoła i ludzkości! Kościół i ludzkość potrzebują waszego szczodrego daru, oddania waszego wolnego serca tak, by wzmogło potencjał miłości w świecie, który wciąż traci zdolność do altruizmu, do bezinteresownej miłości połączonej z ofiarą. Nie zapominajcie, że w rzeczywistości każda z was jest mistyczną oblubienicą Chrystusa, i to Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego”.Niech wystarczy tyle przytoczeń z poprzednich spotkań z siostrami. W przytoczeniach tych zawsze byłyście przed oczyma mojej duszy, bo chociaż spotykałem siostry z całego świata, wszystkich ras i kolorów twarzy, wszystkich możliwych języków, zawsze widziałem w nich nasze polskie siostry. I gdybym nie miał tego polskiego doświadczenia z zakonnicami, nie dałbym sobie rady z tamtymi…W ten sposób więc wraca do was to, co poniekąd od was wyszło!
A teraz pozwólcie, że myśli moje razem z waszymi zwrócą się jeszcze raz tu na tym miejscu do Pani Jasnogórskiej, która jest przecież żywym natchnieniem każdej z was. Oto bowiem każda z was, wsłuchując się w słowa płynące z Nazaretu, powtarza za Maryją: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie wedle twego słowa” (Łk 1, 38). I w tej wypowiedzi zawiera się jakby prototyp każdej profesji, poprzez którą każda z was ogarnia swoim całym jestestwem tajemnicę łaski, łaski wyjątkowej, przekazanej w powołaniu zakonnym. I każda z was, podobnie jak Maryja, wybiera samego Jezusa, Boskiego Oblubieńca. Dla Niego, dla Jego miłości, pragnie żyć bez reszty, realizując śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. A poprzez te śluby każda z was pragnie dawać świadectwo życia wiecznego, które przyniósł nam Chrystus w swoim krzyżu i zmartwychwstaniu.

Bezcenny jest, drogie siostry, ten żywy znak, jaki każda z was stanowi wśród ludzi. Tak więc bardzo ważne jest wszystko, co czynicie, ale jeszcze ważniejsze od tego, cokolwiek czyniąc, jest to, że jesteście i kim jesteście!

A ogarniając wiarą, nadzieją i miłością samego Boskiego Oblubieńca, ogarniacie Go zarazem w tylu różnych ludziach, którym posługujecie: waszym powołaniem jest inaczej miłować człowieka, pełniej miłować człowieka. Miłować go tam, gdzie już miłować inni nie potrafią! Ogarniacie Chrystusa w chorych, w starcach, w kalekach, w upośledzonych, którymi nikt inny prócz was zajmować się nie potrafi, bo do tego trzeba heroicznego zaprawdę poświęcenia. Ja do dzisiaj mam w oczach wszystkie te domy dzieci upośledzonych. Chociażby jeden z pierwszych, który wizytowałem w Wadowicach, gdzie pracują siostry nazaretanki (w innych miejscach inne siostry, nie chcę tylko nazaretanek chwalić) – wystarczy tam przyjść, wystarczy tam zaprowadzić kogokolwiek. Niech tam przyjdzie najbardziej zagorzały wróg Pana Boga, niech postoi chwilę i niech popatrzy! Jeżeli jest w nim choć trochę człowieczeństwa, musi wyjść stamtąd wstrząśnięty do dna duszy! I to wstrząśnięty równocześnie obrazem tej niedoli człowieka małego, dziecka, a równocześnie wstrząśnięty miarą tego poświęcenia.
My wiemy dobrze w Polsce, że tam nikt inny nie pójdzie, że dla tego nikt inny się nie poświęci, tylko ta, która się poświęciła Chrystusowi samemu! I która w człowieku, w tym najbardziej upośledzonym, widzi Chrystusa.

A gdzie indziej znowu znajdujecie tego Chrystusa w dzieciach, w młodzieży na katechizacji, w różnych dziedzinach duszpasterstwa, przy boku kapłanów. I jesteście bardzo często dla tych dzieci na katechizacji i dla młodzieży uzupełnieniem braku serca, które niesie ze sobą dzisiejsze zaśpieszone, a także zmaterializowane życie środowisk rodzinnych. Ten brak serca nieraz musicie uzupełnić, a czasem tylko potwierdzić. Same wiecie najlepiej.

Tego Chrystusa znajdujecie w najprostszych posługach, chociażby tych kuchennych, chociażby tych służebnych, których wam nie brak. Zarówno w tych posługach, jak i w pracach, które wymagają głębokiego czasem wykształcenia, bo przecież i na katedrach uniwersyteckich znajdują się dzisiaj na świecie, a w Polsce także, siostry zakonne. Nieważne, gdzie się znajdują. Ważne to, czym są. Ważne to, że tam gdzie są, dają świadectwo Chrystusowi, że tego Chrystusa znajdują wszędzie, tak jak ta oblubienica z „Pieśni nad pieśniami”, która mówi: „Znalazłam umiłowanego mojej duszy!” (Pnp 3,4).
Oby Polska cieszyła się stale waszym ewangelicznym świadectwem. Oby nigdy nie zabrakło tych serc gorących, tych dusz radykalnych ewangelicznym radykalizmem, które przybliżają Chrystusa bliźnim, które przybliżają Miłość bliźnim!
Jesteście oblubienicami Ducha Świętego! Waszym powołaniem jest Miłość. Przybliżać, uobecniać ją zawsze tam, gdzie jej brak. Obyście, drogie siostry, zawsze radowały się radością waszego powołania, nawet wówczas, gdy przychodzi wam doświadczać wewnętrznych trudności, bo wiemy, że tak bywa. Drogi życia wewnętrznego są nieraz drogami duchowej ciemności. A także i zewnętrznych cierpień, bo tego życie wam na pewno nie oszczędza.

Pragnę, jako pielgrzym dzisiejszego spotkania, modlić się o to wszystko, co powiedziałem, i o bardzo wiele jeszcze innych spraw, które trudno wypowiedzieć, w intencji każdej z was, w intencji święta matczynego i siostrzanego, w intencji waszych rodzin zakonnych, w intencji całego świata sióstr zakonnych w Polsce, wszystkich osób konsekrowanych przez trojakie śluby zakonne wedle rad ewangelicznych: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Pragnę – w intencji wszystkich was i w intencji nowych powołań na tę wspaniałą ewangeliczną drogę – sprawować tę Najświętszą Ofiarę wspólnie z moimi braćmi w biskupstwie, a także przy uczestnictwie wszystkich tutaj zgromadzonych pielgrzymów. Amen.

Jasna Góra, Szczyt, 5 czerwca 1979


Powołanie to kwiat Ewangelii

Do Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń zakonnych

Postanowiłem, że nie będę nic mówił, bo już mówiłem tyle razy. Ale myślę sobie: coś im powiem, nie rozpłaczę się tak, jak matka Górska… a mógłbym.
Matka powiedziała o liczbie – nie mierzy się powołania zakonnego ilością. Na pewno. Kiedyś, chyba to powiedział Newman – jeśli się mylę, to mnie siostra Józefa poprawi – może to powiedział nie Newman, ale Faber w swojej książce duchowej; patrząc na Londyn modlił się: „Jeżeli mi, Panie, dasz w tym mieście dziesięciu świętych, zmienię to miasto!” To jest święta prawda. Nie mierzy się świętości cyfrą. Nie mierzy się powołania zakonnego ilością. Ale z drugiej strony cyfra też jest jakimś wskaźnikiem. Dobrze, że matka na to zwróciła uwagę. Bo ja, kiedy byłem w Polsce, byłem strasznie nieustępliwy w tym jednym punkcie. Ten punkt nie dotyczy cyfry, ale jakoś prowadzi do cyfry, albo wynika z cyfry. Cyfra jest wskaźnikiem ewangelizacji wszędzie na świecie. Kościół ma też urząd statystyczny. Więc i wam ta cyfra musi mówić o problemie zupełnie nie ilościowym, tylko jak najbardziej jakościowym, apostolskim. To jest o problemie waszej obecności w świecie kobiecym, dziewczęcym.
Ewangelia działa mocą Bożej atrakcji. Tak to święty Augustyn najlepiej kiedyś wyjaśnił. To są wstrząsające zdania. Także z brewiarza je znacie. Nie potrafię w tej chwili odtworzyć ich z pamięci. Ewangelia działa mocą Bożej atrakcji, ale ta Boża atrakcja zawsze posługuje się ludźmi. Otóż musicie rozważyć i wciąż rozważać sprawę Bożych atrakcji waszego powołania w świecie kobiecym i dziewczęcym współczesnej Polski. Oczywiście, że te sprawy można wytłumaczyć i trzeba tłumaczyć historycznie. Niegdyś wasza pozycja – nazwijmy ją społeczno-publiczną – była inna. Były cenione wasze instytucje, wasze szkoły, wasze szpitale, wasze internaty. To wszystko wam zabrano. Wszystko wam zabrano.
Kiedy poruszam się chociażby po Rzymie, wizytując parafie, widzę, ile tej substancji jeszcze mają w swoich rękach wszędzie zakonnice. W Meksyku, który przecież ma konstytucję antyreligijną, ile tej substancji: szkół, szpitali, mają w swoich rękach zakonnice.
Niemniej jeżeli przyjmiemy całe to tłumaczenie historyczne, to po pierwsze musimy dziękować Panu Bogu za to, że nie stało się to, co się mogło stać – to znaczy, że nie zepchnięto was na zupełny margines i nie odcięto was od życia społeczności chrześcijańskiej. Nie brakuje też ani jednego tytułu zgromadzenia zakonnego w Polsce, a przybyło ich jeszcze kilka. Nie straciliśmy ani jednego tytułu, ani jednego zgromadzenia. To jest wielka łaska Boża. Wystarczy popatrzeć na południe, na wschód, ażeby to docenić. Niemniej jednak powstała nowa sytuacja społeczna zakonów i zgromadzeń. Bo powiedzmy sobie, dla normalnej dziewczyny, która ma także swoje ludzkie ambicje i swoje ludzkie uzdolnienia, było celem życiowym wstąpić do klasztoru – wstąpisz do urszulanek i będziesz panią profesor. Albo wstąpisz do zmartwychwstanek i będziesz panią doktór. W habicie, tak.
Otóż to, co mówię, to są tylko takie skróty, ale wy wiecie, o co chodzi. Potrzebne było w Polsce i stale jest potrzebne jakieś przestawienie frontów. To się dokonywało i stale się dokonuje. Problem waszego wejścia wprost w Kościół. Muszę wam powiedzieć – jako papież to mówię – ale mówię przede wszystkim z doświadczenia, które miałem w Krakowie – to jest niesłychana szansa! To, czym na nowo stała się zakonnica w Kościele, czym staje się, już nie dlatego, że prowadzi instytucje, że naucza w szkole, że jest siostrą w szpitalu, pielęgniarką – już nie dlatego, ale dlatego, że jest jako siostra między ludźmi, że jest przy chorych, że jest przy dzieciach.

Dla mnie, kiedy byłem w Krakowie, największą radością były odwiedziny u chorych z siostrami od chorych. Z różnych powodów, ale między innymi z tego powodu, że widziałem, kim jest ta siostra dla ludzi. I to nie tylko dla tych chorych: dla windziarza, dla mieszkańców dzielnicy. Ja bym tam nic nie znaczył, gdyby jej nie było. Zdejmowali przed nią czapkę, całowali ją w rękę. Otóż wasza droga w Polsce to jest nowa droga, której może wasze przełożone generalne z Rzymu, z Ameryki, skądinąd – nie zrozumieją, bo są przyzwyczajone do struktur, które u nas też były, ale już ich nie ma.

Droga w Polsce, to jest droga bezpośredniego ewangelicznego świadectwa. To bezpośrednie ewangeliczne świadectwo jest straszną potęgą. Myślę, że ta potęga jeszcze się nie wyzwoliła w całej pełni. Ona się dopiero wyzwoli. Ona będzie się stopniowo wyzwalać. I tu wracam do wskaźnika ilościowego. W miarę, jak ona się będzie wyzwalać, ta potęga świadectwa będzie pokonywać cały kryzys, przez który przechodzi świat kobiecy w Polsce, świat dziewczęcy, świat równocześnie mocny i słaby, i bardzo doświadczony. Doświadczony całokształtem sytuacji kobiety. Światowej sytuacji kobiety i lokalnej, polskiej sytuacji kobiety. Doświadczony całą próbą tzw. awansu społecznego kobiety, który ma w sobie jakąś cząstkę prawdy, ale ma także w sobie ogromną domieszkę błędu.

Otóż w tym świecie wasze świadectwo, świadectwo ewangeliczne waszego powołania musi zdobyć wymowę o wiele jeszcze potężniejszą niż ma. To się łączy ze wskaźnikiem także ilościowym…

Jestem przekonany, że trudniejsza jest droga tych powołań zakonnych żeńskich w naszej rzeczywistości aniżeli droga powołań kapłańskich. Trudniejsza. Można by i trzeba by napisać o tym całą monografię. I chyba nawet są takie. Ta droga jest na pewno trudniejsza, ale jest możliwa i nieodzowna. Wiemy wszyscy, czym jest siostra w posłannictwie Kościoła, czym jest obecność zakonnicy w życiu Ludu Bożego. I wiedząc o tym wszystkim, my, z naszego doświadczenia, musimy temu doświadczeniu nadać także większą rozległość. Musimy się z tym doświadczeniem „rozpychać”. Macie się rozpychać, macie się rozpychać, drogie siostry, z tym waszym doświadczeniem, z tym waszym powołaniem, ażeby ono zostało w świadomości społecznej, niekoniecznie w tej, o której piszą w statystykach, bo tam można różne rzeczy napisać, tylko w tej wyczuwalnej, doświadczalnej, żeby ono zyskało znów swój właściwy pułap.

To świadectwo, ta pozycja społeczna zakonnicy, nie z innego powodu, tylko z tego samego powodu, z którego jesteście zakonnicami, to znaczy jako świadectwo dawane Chrystusowi, jako wymiar ludzkiej egzystencji, jako wymiar ludzkiej miłości, oblubieńczej miłości – to jest coś tak wspaniałego… Powołanie zakonne – to jest kwiat Ewangelii! W miarę, jak to dociera do świadomości ludzi – przede wszystkim do świadomości kobiet i dziewcząt – to niewątpliwie, że dociera zawsze jako działanie Ducha Świętego. Nikt nie bierze sobie sam tej godności, jak mówi o powołaniu zakonnym, czy raczej o powołaniu kapłańskim, święty Paweł. A więc w miarę jak przez wasze świadectwo powszechne dociera do ludzi to działanie Ducha Świętego, zmieniają się także cyfry.

Jeszcze o tych cyfrach. Ja wiem, dlaczego w Polsce jest was mniej, niż było parę lat temu – tak wiele z was poszło w świat. Po was wyciągają się ręce ze wszystkich stron: po polskich księży, po polskich misjonarzy i po polskie Siostry. Gdy byłem w Polsce, przeżywałem to jako biskup polski. Teraz, kiedy jestem papieżem, muszę przeżywać to jako papież. Ja im wszystkim mówię: Polska nie jest tak wielkim krajem. Poza tym ma ciężkie zadania u siebie. No, wystarczy, wystarczy.
Jeszcze raz chcę podziękować za dary i pobłogosławię Wam.

Jasna Góra, Kaplica Matki Bożej Różańcowej, 5 czerwca 1979


Na przedłużeniu misji świętego Stanisława

Konferencja Plenarna Episkopatu Polski
Wasza Eminencjo, Najdostojniejszy Księże Prymasie,
Drodzy moi Bracia, Metropolici, Arcybiskupi i Biskupi polscy!
Bardzo jestem wdzięczny za zaproszenie na tę konferencję i za zaproszenie również wspólnie ze mną moich współpracowników przybyłych z Rzymu, przede wszystkim księdza arcybiskupa Casaroli, pro-sekretarza stanu, który dobrze zna Polskę; z kolei również księdza arcybiskupa Poggi, który przybywa często jako przewodniczący delegacji Stolicy Apostolskiej do rozmów z rządem PRL dotyczących normalizacji stosunków; księdza arcybiskupa Eduardo Martineza, Hiszpana, który od paru dni zajmuje stanowisko substytuta, zastępcy sekretarza stanu; i oczywiście księdza biskupa Jacques’a Martina, który piastuje urząd prefekta Domu Papieskiego.
Pragnę nade wszystko wyrazić radość, a także głębokie wzruszenie z dzisiejszego spotkania. Konferencja Episkopatu Polski była i pozostaje tą wspólnotą i tym środowiskiem, spośród którego Chrystus – niezbadanym swoim wyrokiem – powołał mnie w dniu 16 października 1978 r. na rzymską stolicę św. Piotra, dając poznać swoją wolę poprzez głosy kolegium kardynalskiego zgromadzonego na konklawe w Kaplicy Sykstyńskiej. Kiedy dzisiaj mam znowu szczęście uczestniczyć w posiedzeniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski na Jasnej Górze, nie mogę nie wyrazić przede wszystkim moich uczuć wdzięczności oraz braterskiej solidarności, które sięgają samych początków mojego powołania biskupiego w 1958 roku. Pamiętam, że pierwsza konferencja, w której uczestniczyłem jeszcze jako biskup nominat, odbywała się wówczas także na Jasnej Górze w pierwszych dniach września. Przewodniczył, jak dzisiaj. Ksiądz Prymas.W ciągu dwudziestu lat przynależności i uczestnictwa w pracach Konferencji Episkopatu Polski mogłem nauczyć się bardzo wiele zarówno od poszczególnych członków tej biskupiej wspólnoty, poczynając od najdostojniejszego Prymasa Polski, jak też od wspólnoty jako takiej. To bowiem, co w szczególny sposób charakteryzuje polską Konferencję Episkopatu – to jest owa jedność, która stanowi źródło duchowej siły. Episkopat Polski właśnie przez tę swoją jedność służy najbardziej Kościołowi w Polsce, a zarazem Kościołowi powszechnemu. Społeczeństwo zdaje sobie dobrze z tego sprawę i obdarza Episkopat Polski zaufaniem rzetelnie zasłużonym. Zaufanie to odnosi się do całego Episkopatu, do wszystkich arcybiskupów i biskupów w ich własnych diecezjach. W sposób szczególny odnosi się ono do Prymasa Polski, o którym pragnę powiedzieć dzisiaj choćby tylko to, co już wielokrotnie wyrażałem: mianowicie, że jest on człowiekiem opatrznościowym dla Kościoła, a także dla Ojczyzny. Nie tylko Polacy, ale także przedstawiciele innych społeczeństw w Europie i w świecie dają temu wyraz – i wspólnie z nami dziękują Bogu za to, że taką moc raczył dać człowiekowi (por. J 1, 12) tu, w tym miejscu i w tych czasach.W ciągu tych dwudziestu lat biskupstwa, kiedy dane mi było spełniać posługę w Kościele krakowskim, naprzód przy boku śp. arcybiskupa Eugeniusza Baziaka (metropolity osieroconej stolicy lwowskiej), z kolei w charakterze metropolity krakowskiego i kardynała, następcy śp. księcia kardynała Adama Stefana Sapiehy na stolicy św. Stanisława, nagromadziło się w sercu moim ogromnie wiele długów wdzięczności, które spłacam, jak umiem, pamięcią i modlitwą w stosunku do polskich kardynałów, arcybiskupów, biskupów, zarówno żyjących jeszcze, jak też i zmarłych. Ci zmarli nie przemijają w pamięci, zwłaszcza jeśli dane mi było poprzez współpracę znaleźć się bliżej w zasięgu promieniowania ich osobowości, jak przede wszystkim wspomniani arcypasterze krakowscy, jak śp. kardynał Bolesław Kominek, metropolita wrocławski, jak śp. arcybiskup Antoni Baraniak, metropolita poznański, a z kolei zaś wspaniałe i niezapomniane, pełne człowieczej oryginalności i chrześcijańskiego autentyzmu postaci biskupów ordynariuszów i sufraganów, których Pan w ciągu tego dwudziestolecia powołał do siebie.Chciałbym ich tutaj wymienić po imieniu i po nazwisku. Można by napisać monografię o każdym, jak ich pamiętam, i według kryterium, co od nich otrzymałem. Mówię tylko o zmarłych.Nie mogę nie wspomnieć tutaj śp. kardynała Bolesława Filipiaka – który wprawdzie nie był członkiem Konferencji Episkopatu Polski, ale przez długie lata służył Stolicy Apostolskiej – wiele razy w Rzymie go spotykałem.Udział w pracach Episkopatu Polski pozwolił mi zbliżyć się do problematyki współczesnego Kościoła w jego wymiarach uniwersalnych. Dokonało się to nade wszystko dzięki Soborowi, w którym miałem szczęście uczestniczyć od pierwszego do ostatniego dnia. Wchodząc w tę olbrzymią problematykę, której Vaticanum II dało ostateczny wyraz we wszystkich swoich dokumentach, mogłem sobie równocześnie uświadomić, jakie – jak szczególne i odpowiedzialne – jest miejsce Polski, a nade wszystko Kościoła w Polsce na wielkiej mapie świata współczesnego, do którego wszyscy jesteśmy posłani, tak jak posłani zostali w momencie wniebowstąpienia Chrystusa Pana Jego apostołowie poprzez te słowa: „Idąc na cały świat, nauczajcie wszystkie narody” (por. Mt 28, 19). Świadomość ta pogłębiała się w dalszym ciągu poprzez lata posoborowe, zwłaszcza dzięki pracom w Synodzie Biskupów i w różnych kongregacjach. Ojciec Święty Paweł VI był dla mnie – nie powiem – „wymagający”, ale „szczodry” i chętnie mnie powoływał do różnych zadań przy Stolicy Apostolskiej.
Wspominam Concilium pro Laicis, wspominam zwłaszcza bardzo bliską memu sercu współpracę w Kongregacji pro Institutione Catholica, Kongregacji ds. Kleru, przez pewien czas w Kongregacji dla Kościołów Wschodnich. Najbardziej jednak w Synodzie, a przede wszystkim przez trzy kadencje w Radzie Sekretariatu Generalnego Synodu, która za każdym razem konstytuowała się przez wybór gremium synodalnego. A już najbardziej takim doświadczeniem serca Kościoła było wezwanie Ojca Świętego Pawła VI na rekolekcje watykańskie. W pewnym sensie one stanowiły główną legitymację nowego papieża wobec świata. W każdym razie były to doświadczenia, których źródłem była praca w Konferencji Episkopatu Polski i stąd także płynęły spotkania z przedstawicielami różnych Episkopatów europejskich i pozaeuropejskich, a sposobnością najczęstszą były odwiedziny wśród emigracyjnej Polonii, jakie podejmowałem kilkakrotnie w imieniu Episkopatu Polski. To wszystko dzisiaj wspominam tutaj z wdzięcznością.Przynależność do Konferencji Episkopatu Polski i wielorakie uczestnictwo w jej pracach zostało uznane przez Opatrzność Bożą za najwłaściwszą drogę przygotowania do tej posługi, jaką od 16 października wypada mi spełniać w stosunku do Kościoła powszechnego. To ma swoją wymowę. Trudno zakwestionować znaczenie tego wkładu. Pragnę, aby to było powiedziane u początku mej wypowiedzi, przeznaczonej na to niezwykłe posiedzenie plenarne Konferencji Episkopatu Polski, jakie dzisiaj odbywamy.Rok 1979 jest w Kościele na ziemi ojczystej Rokiem św. Stanisława. Mija 900 lat od daty jego śmierci, którą poniósł z rąk króla Bolesława Śmiałego na Skałce. Śmierć biskupa, który głosił wszystkim, z królem włącznie, prawdy wiary i zasady moralności chrześcijańskiej, miała znaczenie szczególnego świadectwa danego Ewangelii, danego samemu Chrystusowi. Stanisław ze Szczepanowa poniósł śmierć, którą w pamięci naszych dziejów, w drugim stuleciu chrześcijaństwa w Polsce, na początku II stulecia, ów biskup-męczennik, krew z krwi i kość z kości Narodu, dołączył się do innego biskupa-męczennika, który należał jeszcze do pokolenia misyjnego, do epoki chrztu: mianowicie do św. Wojciecha, rodem z Czech. Wspominam o tym dlatego, że pamięć Ludu Bożego na ziemi polskiej połączyła obie te postaci, otaczając je szczególną i wspólną czcią i pobożnością.Stanisław że Szczepanowa był biskupem krakowskim, był członkiem ówczesnego Episkopatu Polski – i dlatego współczesny Episkopat Polski ma szczególne powody do tego, aby postać jego, a w szczególności tę rocznicę śmierci męczeńskiej otaczać czcią wyjątkową. Dzieje się to w archidiecezji krakowskiej już od roku 1972, to znaczy od rocznicy objęcia przez niego tej stolicy. W diecezji zaś tarnowskiej, na terenie której znajduje się Szczepanów – miejsce urodzenia Świętego – obchodzony jest „rok Stanisławowski” od roku ubiegłego. Jako biskup i pasterz na stolicy krakowskiej św. Stanisław był jednym z filarów owego ładu hierarchicznego, jaki ustalił się na ziemiach piastowskich od roku tysiącznego. Mamy wszelkie racje po temu, ażeby stale dziękować Bogu za wyraziste zręby tego ładu, który został zbudowany podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego na fundamencie misji apostolskiej św. Wojciecha, na zrębie jego męczeństwa. To właśnie do jego umęczonego na śmierć ciała, które Bolesław Chrobry ze czcią sprowadził do Gniezna, przybyli zarówno legaci papieża Sylwestra II, jak cesarz Otto III. Polska piastowska, która już od roku 968 „coepit habere episcopum” [zaczęła mieć biskupa – red.] w Poznaniu – wcześnie stosunkowo, bo już w 34 lata po chrzcie Mieszka otrzymała własną organizację kościelną: metropolię w Gnieźnie ze stolicami biskupimi w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu.
Są to fakty dobrze i powszechnie znane. Trudno jednakże, ażebym przy tej niezwykłej okoliczności nie wspomniał o nich i nie odwołał się do nich.Ład hierarchiczny jest konstytutywny dla Kościoła Chrystusowego, jak o tym w sposób magistralny przypomina konstytucja dogmatyczna „Lumen gentium”. Kościół, który jako Lud Boży został zbudowany na tajemnicy Wcielenia i Odkupienia, Kościół, który stale się rodzi z zesłania Ducha Świętego, jest rzeczywistością widzialną o wyraźnie określonym ustroju hierarchicznym. Ustrój ten stanowi o Kościele jako określonej wspólnocie i społeczeństwie, które również poprzez swój hierarchiczny ustrój wpisuje się w dzieje ludzkości, w dzieje poszczególnych ludów i narodów. Słusznie więc czcimy św. Wojciecha jako patrona ładu hierarchicznego w naszej Ojczyźnie, Słusznie wspominamy z uznaniem wielkich koryfeuszów Zjazdu Gnieźnieńskiego. Poprzez wyraźną strukturę hierarchiczną, jaką wówczas otrzymał Kościół w Polsce, został on mocno osadzony w dziejach Narodu. Rok 1000 jest datą, którą słusznie łączy się z datą chrztu – rokiem 966.Znajomość historii Polski powie nam więcej: nie tylko ustrój hierarchiczny Kościoła został w roku 1000 zdecydowanie wpisany w dzieje Narodu, ale równocześnie dzieje Narodu zostały w jakiś opatrznościowy sposób osadzone w tej strukturze Kościoła w Polsce, jaką zawdzięczamy już Zjazdowi Gnieźnieńskiemu. Twierdzenie to znajduje swoje pokrycie w różnych okresach dziejów Polski, ale zwłaszcza w okresach najtrudniejszych. Wówczas, kiedy zabrakło własnych, ojczystych struktur państwowych, społeczeństwo w ogromnej większości katolickie znajdowało oparcie w ustroju hierarchicznym Kościoła. I dlatego był on tak bardzo zwalczany, zwłaszcza w okresie rozbiorów. I to pomagało społeczeństwu przetrwać czasy rozbiorów i okupacji, to pomagało utrzymać, a nawet pogłębić świadomość swej tożsamości. Może ktoś obcy uzna to za sytuację „nietypową”. Niemniej dla Polaków sprawa ta ma swoją wymowę jednoznaczną i doniosłą. Jest to po prostu część prawdy o dziejach własnej Ojczyzny.
Episkopat Polski współczesnej jest w szczególny sposób spadkobiercą i wyrazicielem tej prawdy. Fakt, że poprzez tysiąclecie dziejów patronat świętych biskupów-męczenników, Wojciecha i Stanisława, towarzyszył myślom i sercom Polaków, posiada i swoje głębokie uzasadnienie, i równocześnie swoje głębokie znaczenie dla świadomości narodowej.

Kiedy w roku 1000 powstawała w Polsce podstawowa struktura ustroju hierarchicznego Kościoła, powstawała ona od początku w jedności hierachicznej z ustrojem Kościoła powszechnego – w relacji do Stolicy Apostolskiej. W relacji tej struktura Kościoła w Ojczyźnie naszej trwa nieprzerwanie do naszych czasów: to jest jakiś dar Opatrzności, za który musimy nie tylko my szczególnie dziękować, ale także i Naród z nami.
Dzięki temu Polska jest katolicka. Powiem: dzięki temu Polska jest Polską. Jest też „zawsze wierna”.

Jedność struktury hierarchicznej, więź Episkopatu Polski ze Stolicą Piotrową stanowi podwalinę tej jedności w wymiarze uniwersalnym. Kościół w Polsce osadzony jest na przestrzeni wszystkich stuleci mocno i niezachwianie w tej właśnie powszechności, która jest jednym ze znamion Kościoła Chrystusowego.

Konstytucja „Lumen gentium” przypomniała to w sposób bardzo gruntowny i wieloaspektowy, ukazując zarazem, jak ów uniwersalny wymiar Kościoła związany jest z posłannictwem i posługiwaniem Piotrowym.

Owo osadzenie Kościoła w Polsce w jego katolickości od chwili chrztu i Zjazdu Gnieźnieńskiego, przez cały ciąg dziejów, posiada, jak dobrze wiemy, szczególne znaczenie dla duchowych dziejów Narodu. Posiada także znaczenie dla jego kultury, która nie tylko odznacza się tradycją wyraźnych związków z Rzymem, ale także posiada znamienne dla katolicyzmu cechy uniwersalności, podstawowego otwarcia na wszystko, co w drodze uniwersalnej niejako wymiany dóbr staje się udziałem każdego, kto w tej wymianie uczestniczy. Można by twierdzenie to popierać niezliczonymi argumentami z naszych dziejów. Jakimś argumentem jest także i ten fakt, który dzisiaj wspólnie przeżywamy – że mianowicie z Episkopatem Polski spotyka się dzisiaj papież-Polak.

Powszechnie się przyznaje, że ów wynikający z katolickiej jedności Kościoła udział Narodu polskiego w duchowym dziedzictwie tego Kościoła stał się czynnikiem łączącym oraz zabezpieczającym tożsamość i jedność Narodu w okresach szczególnie trudnych. Okresy te były również szczególnie głęboko naznaczone promieniowaniem ducha chrześcijańskiego. Świadczy o tym choćby wiek XIX, a dla nas świadczą o tym ostatnie dziesięciolecia wieku obecnego. Po okresie okupacji, która jak wiadomo była straszliwym, śmiertelnym zagrożeniem bytu Polski, nastąpił okres wielkich przeobrażeń, które swój wyraz zewnętrzny znalazły choćby w nowym zupełnie ukształtowaniu się granicy państwa.

W tym kontekście wypróbowana więź pomiędzy życiem Narodu a działalnością Kościoła sprawdziła się raz jeszcze na naszych oczach. Normalizacja stosunków kościelnych w obrębie nowych granic państwa polskiego, w szczególności na ziemiach zachodnich i północnych, potwierdziła w jakiś szczególny sposób to, co należy powiedzieć o roku tysiącznym, o czasach św. Wojciecha, czy też św. Stanisława. Ustrój hierarchiczny Kościoła stał się nie tylko ośrodkiem jego własnej misji pasterskiej, ale także bardzo wyraźnym oparciem dla całego życia społeczeństwa, dla świadomego swych praw bytu Narodu, który jako w ogromnej swej większości katolicki w strukturach hierarchicznych Kościoła nadal szuka również tego oparcia. Taka jest wymowa wydarzeń, które zaczęły się jeszcze za pontyfikatu papieża Piusa XII, w roku 1945 – wkrótce po zakończeniu wojny i okupacji, pamiętną misją kardynała Augusta Hlonda, prymasa Polski, a zakończyły ostatecznymi decyzjami papieża Pawła VI z czerwca 1972 r., wówczas gdy w archidiecezji krakowskiej rozpoczynał się siedmioletni jubileusz pasterzowania św. Stanisława. Znamienna zawsze była dla mnie ta okoliczność, że właśnie podczas Konferencji Plenarnej w Krakowie w dniu 28 czerwca te doniosłe decyzje Pawła VI zostały podane do publicznej wiadomości.

Ład hierarchiczny Kościoła odnajduje swe zwieńczenie w posłannictwie i posługiwaniu Piętrowym. Stolica Apostolska z tego posłannictwa i posługiwania czerpie swój właściwy charakter. Nie jest to charakter świeckiej struktury politycznej, chociaż z uzasadnionych również i współcześnie względów ze Stolicą Rzymską łączy się pozostałość dawnego państwa papieskiego. Tak jednakże jak to państwo, które w swej historycznej postaci przestało istnieć w roku 1870, tak i jego aktualna pozostałość w swoistym symbolicznym kształcie stanowi gwarancję suwerenności Stolicy Apostolskiej wobec świata i jest nade wszystko oparciem dla tego, co dla Stolicy Apostolskiej jest istotne. To zaś wynika jedynie i wyłącznie z natury Kościoła, z jego misji apostolskiej, z posługi ewangelicznej prawdy i miłości, z misji duszpasterskiej, czemu wszystkiemu służy ustrój hierarchiczny Kościoła. Z pełnym uzasadnieniem sprawy teksty poświęcone temu ustrojowi Kościoła znajdują się w konstytucji „Lumen gentium” po rozdziałach poświęconych tajemnicy Kościoła oraz uniwersalnemu posłannictwu Ludu Bożego.
Tylko mając przed oczyma ów adekwatny i prawidłowy obraz Kościoła, a w jego organicznym całokształcie właściwy obraz Stolicy Apostolskiej, możemy w sposób również właściwy ustalać znaczenie sprawy, która od szeregu lat nabrała nowej aktualności w Polsce – mianowicie sprawy normalizacji stosunków pomiędzy Kościołem a państwem. Należy tu mówić o nowej aktualności z uwagi na to, że sprawa ta ma za sobą ze zrozumiałych względów długą i bogatą historię, do której nie można się nie odwoływać. Episkopat Polski, współpracując ściśle ze Stolicą Apostolską, zwłaszcza podczas pontyfikatu Jana XXIII i Pawła VI, zrobił ogromnie wiele dla sprawy normalizacji. Przede wszystkim ustalił cały szereg realnych elementów, na których powinna ona się oprzeć. Zasadniczą pomocą w całej tej pionierskiej pracy była nauka zawarta w dokumentach Vaticanum II, a zwłaszcza gruntowne wykorzystanie deklaracji „Dignitatis humanae” o wolności religijnej, który to dokument bezpośrednio spotyka się z zasadami promulgowanymi w podstawowych dokumentach państwowych i międzynarodowych, między innymi w Konstytucji PRL. Jest rzeczą zrozumiałą, że konkretna aplikacja tychże zasad tylko wtedy może odpowiadać idei „wolności religijnej”, jeśli uwzględnia realne potrzeby Kościoła związane z jego wieloraką działalnością.

Na ten temat, jak również o gotowości Kościoła do współpracy ze wszystkimi państwami i ludźmi dobrej woli, mówiłem na początku tego roku w przemówieniu do korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Świętej, w dniu 12 stycznia. Oto odnośny fragment przemówienia:
„Nawiązując kontakt – również poprzez przedstawicielstwa dyplomatyczne – z tylu państwami o tak bardzo zróżnicowanym profilu, Stolica Apostolska pragnie nade wszystko dać wyraz głębokiego szacunku dla każdego Narodu i ludu, dla jego tradycji, kultury, osiągnięć w każdej dziedzinie… Państwo jako wyraz suwerenności, samostanowienia poszczególnych ludów i narodów, jest prawidłowym urzeczywistnieniem porządku społecznego – i na tym też polega jego moralny autorytet. Jako syn Narodu o tysiącletniej kulturze, który przez całe stulecia pozbawiony był niepodległości państwowej, wiem z doświadczenia, jak wielkie jest znaczenie tej zasady.

Stolica Apostolska z radością wita przedstawicieli dyplomatycznych nie tylko jako wyrazicieli rządów, ustrojów i struktur politycznych – ale również jako przedstawicieli narodów, które w tych strukturach wyrażają swój suwerenny byt, swoją polityczną niezależność i możność samostanowienia. Bez względu na to, czy są to społeczeństwa liczebnie wielkie czy małe. Nie sam bowiem moment ilościowy jest tutaj decydujący.
Ciesząc się obecnością tylu przedstawicieli, Stolica Apostolska bardzo pragnęłaby widzieć w ich gronie jeszcze wielu innych – zwłaszcza gdy chodzi o narody i społeczeństwa, które mają w tym względzie swoją czasem wielowiekową tradycję. Tradycja ta dotyczy przede wszystkim narodów katolickich. Współcześnie jednak wraz z rozwojem ekumenizmu, dialogu z religiami pozachrześcijańskimi, gotowości do kontaktów na płaszczyźnie dobrej woli z wszystkimi ludźmi krąg ten nie tylko się poszerza…, ale także znajduje jakby nowe uzasadnienie w samym rozumieniu własnej misji Kościoła – jak to wyraził mój Czcigodny Poprzednik w encyklice „Ecclesiam suam”.
Stolica Apostolska chce być – w sposób zgodny z misją Kościoła – ośrodkiem tego braterskiego zbliżenia. I pragnie służyć sprawie pokoju. Nie w drodze bezpośredniej działalności politycznej, ale poprzez służbę tym wartościom i tym zasadom, które warunkują pokój i zbliżenie i które znajdują się u podstaw międzynarodowego dobra wspólnego.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzkość jest wielorako podzielona. Chodzi również, a może przede wszystkim, o podziały ideologiczne związane z programami ustrojowymi. Szukanie rozwiązań prowadzących do tego, aby społeczeństwa ludzkie mogły sprostać swoim zadaniom, żyć w sprawiedliwości, jest może głównym «znakiem naszych czasów». Należy uszanować wszystko, co może służyć tej wielkiej sprawie w każdym programie. Należy korzystać z wzajemnych doświadczeń…

Stolica Apostolska dowiodła już i nadal gotowa jest dowodzić gotowości otwarcia w stosunku do każdego kraju i ustroju, szukając w tym tego zasadniczego dobra, jakim jest po prostu dobro człowieka. Znaczna część wymagań związanych z tym dobrem, znalazła swe miejsce w Deklaracji Praw Człowieka i w międzynarodowych układach, które umożliwiają ich konkretne wprowadzenie w życie” (AAS 70/1978 170-171).
Episkopat Polski posiada swoje własne osiągnięcia w tej doniosłej dziedzinie. Opierając się na nauce Vaticanum II, wypracował w teorii szereg dokumentów znanych Stolicy Apostolskiej, a w praktyce duszpasterskiej szereg postaw, które świadczą o gotowości dialogu, a równocześnie jasno ukazują, że prawdziwy dialog musi oznaczać pełne poszanowanie przekonań ludzi wierzących, pełne zabezpieczenie ich praw obywatelskich oraz normalne warunki działalności Kościoła jako wspólnoty religijnej, do której w naszym wypadku przynależy ogromna większość Polaków. To jest chyba niesłychanie ważne od strony psychologii, która się wytworzyła na marginesie tzw. dialogu. Bardzo często jest to psychologia kompleksu.

W dialogu trzeba jasno mówić, kim ja jestem, żebym mógł rozmawiać z kimś drugim, który jest inny. Trzeba bardzo jasno to mówić, bardzo stanowczo: kim ja jestem, kim ja chcę być i kim chcę pozostać. Zdajemy sobie sprawę z tego, że dialog ów nie może być łatwy, gdy prowadzi się go ze stanowiska diametralnie przeciwnych założeń światopoglądowych, ale musi być możliwy i skuteczny, jeśli domaga się tego dobro człowieka, dobro Narodu i wreszcie dobro ludzkości. Trzeba, ażeby Episkopat Polski nie ustawał w podejmowaniu tych wysiłków i starań, które są ważne dla Kościoła współczesnego. Trzeba również, ażeby nadal jasne były te zasady postępowania, które w sytuacji współczesnej zostały wypracowane wewnątrz społeczności kościelnej, czy to gdy chodzi o postępowanie duchowieństwa czy świeckich, czy też o status poszczególnych instytucji. Przejrzystość zasad, ich zgodność z praktyką, jest źródłem siły moralnej – służy ona także procesowi prawdziwej normalizacji i służy procesowi prawdziwego dialogu. Na to, aby Stolica Apostolska mogła prowadzić dialog z państwami, z ustrojami, Kościół lokalny musi być tym bezpośrednim partnerem dialogu, z którym się liczą, który nie reprezentuje żadnych konformizmów, żadnych ustępstw w sprawach istotnych, który nie jest narzędziem.

Za normalizacją stosunków pomiędzy Kościołem a państwem przemawia w naszej epoce wzgląd na podstawowe prawa człowieka. To jest pierwszy tytuł i dlatego na ten temat była pierwsza encyklika. W tym punkcie Kościół jest ponad tzw. ideologiami. Wśród tych praw człowieka prawo wolności religijnej posiada swoje niepowątpiewalne, a pod pewnymi względami podstawowe i centralne znaczenie.
I ja się tego nie wahałem powiedzieć na rocznicę Paktu Praw Człowieka w liście do ONZ, do sekretarza generalnego ONZ. Prasa światowa przyjęła to bez zastrzeżeń.
Normalizacja stosunków pomiędzy państwem i Kościołem jest dowodem praktycznego poszanowania tego właśnie prawa i wszystkich jego konsekwencji w życiu wspólnoty politycznej. Tak pojęta normalizacja jest też praktycznym przejawem faktu, iż państwo pojmuje swą misję w stosunku do społeczeństwa wedle zasady pomocniczości (principium subsidiarietatis). Państwo nie jest tylko władcą człowieka – ma pomagać i służyć człowiekowi; winno być wyrazem pełnej suwerenności Narodu, a nie suwerenności własnej struktury w stosunku do Narodu. Właśnie w stosunku do Narodu polskiego, z uwagi na jego tysiącletnie i współczesne – wyjątkowe powiązania z Kościołem katolickim, ten ostatni aspekt nabiera szczególnego znaczenia.
Wkroczyliśmy przez całe dotychczasowe rozważanie, zwłaszcza zaś przez ostatni jego fragment, bardzo głęboko w dziedzinę racji etycznych, które stanowią podstawowy wymiar życia ludzkiego również w obrębie tej działalności, jaką określa się jako polityczną, zgodnie z tradycją myśli europejskiej, która sięga do dzieł największych filozofów starożytności, a która znalazła swoje pełne potwierdzenie i pogłębienie w Ewangelii i chrześcijaństwie; również – a poniekąd nawet przede wszystkim – działalność polityczna znajduje swój właściwy sens w trosce o dobro ludzkie, które jest dobrem natury etycznej. Stąd też czerpie swoje najgłębsze założenia cala tak zwana społeczna nauka Kościoła, która zwłaszcza w naszej epoce, począwszy od końca XIX wieku wzbogaciła się bardzo o całą współczesną problematykę. Nie znaczy to oczywiście, że powstała ona dopiero na przełomie dwóch ostatnich stuleci, istniała bowiem od początku jako konsekwencja Ewangelii oraz przyniesionej przez Ewangelię wizji człowieka w jego stosunkach z innymi ludźmi, a zwłaszcza w życiu wspólnotowym i społecznym.

Nie należy się wstydzić – jak to często niestety bywa – nauki społecznej Kościoła. To ona jest środkiem zawstydzenia innych. Tylko tu trzeba przekroczyć siebie.
Święty Stanisław bywa nazywany patronem ładu moralnego w Polsce. Może właśnie na jego postaci widać szczególnie wyraźnie, jak głęboko ów zasadniczy dla człowieka, dla „humanum”, ład moralny sięga w układy i warstwy bytowania Narodu jako państwa, w układy i warstwy egzystencji politycznej. Nigdy nie możemy dość zastanawiać się nad tym, w jaki sposób ten święty, który jako biskup krakowski zginął z rąk niewątpliwie wybitnego przedstawiciela dynastii piastowskiej, stał się później, zwłaszcza w XIII wieku, tak bardzo przez spadkobierców tej samej dynastii upragnionym, wymodlonym, a po kanonizacji w 1253 roku czczonym patronem jedności Ojczyzny, która z powodu podziałów dynastycznych znajdowała się w rozbiciu. Z pewnością ta niezwykła tradycja kultu św. Stanisława rzuca szczególne światło na wydarzenia 1079 roku, podczas których biskup krakowski poniósł śmierć, a król Bolesław Śmiały utracił koronę i musiał opuścić Polskę. A jeśli nawet piszący w kilkadziesiąt lat potem swoją kronikę Gali Anonim użył w stosunku do biskupa Stanisława określenia „traditor” [zdrajca], to te same lub podobne określenia znajdujemy w tamtym okresie jako stosowane do różnych innych biskupów (jak np. św. Tomasz Becket) czy nawet papieży (jak np. św. Grzegorz VII), którzy zasłużyli na chwalę świętości. Widocznie posługa biskupia nieraz łączyła się z koniecznością narażenia życia za cenę głoszenia prawdy i prawa Bożego.
Jeśli św. Stanisław, którego dzieje głoszą jako „patrona Polaków”, jest uznany przez Episkopat Polski w szczególności za patrona ładu moralnego, to ma to swoje uzasadnienie w etycznej wymowie jego życia i śmierci, a także całej tradycji, która wyrażała się poprzez pokolenia Polski piastowskiej, jagiellońskiej, elekcyjnej – i dociera do naszych czasów. Chyba przeżywamy dzisiaj jakiś renesans św. Stanisława w Polsce. I to jest temat monograficzny, dlaczego go przeżywamy, bo nie przeżywała tego niewątpliwie Polska dwudziestolecia i jeszcze pierwsze lata po drugiej wojnie światowej, po okupacji. Patronat ładu moralnego, jaki wiążemy ze św. Stanisławem, łączy się przede wszystkim z uznaniem powszechnie obowiązującego autorytetu prawa moralnego, prawa Bożego. Prawo to zobowiązuje wszystkich, zarówno poddanych, jak i panujących. To jest siła Stanisława: jedno prawo dla wszystkich. Ono jest normą moralności, ono jest kryterium podstawowej wartości człowieka. Tylko wówczas też zachowana może być i powszechnie uznawana godność osoby ludzkiej, kiedy wyjdziemy od tego prawa, od moralności, od jej prymatu. Równocześnie moralność, a więc i to prawo moralne jest podstawowym warunkiem ładu społecznego. Na nim budują się państwa i narody – bez niego upadają.

Episkopat Polski z głębokim poczuciem odpowiedzialności za losy Narodu uwydatnia w swoich programach duszpasterskich zawsze cały ten system zagrożeń natury moralnej, z którymi zmaga się człowiek naszej epoki, człowiek współczesnej cywilizacji. Zagrożenia te dotyczą równocześnie życia osobistego i społecznego, szczególnie zaś ciążą na społeczności rodzinnej i wychowaniu młodzieży. Trzeba chronić małżeństwa i rodziny przed grzechem, przed ciężkim grzechem wobec poczynającego się życia – wiadomo wszak, że okoliczności tego grzechu obciążają całą moralność społeczną, a jego skutki zagrażają przyszłości Narodu. Trzeba chronić człowieka przed grzechami rozwiązłości i nietrzeźwości, bo niosą one z sobą poniżenie jego godności ludzkiej, a w skali społecznej zawierają nieobliczalne następstwa. Trzeba wciąż czuwać, wciąż budzić ludzkie sumienia, wciąż przestrzegać przed naruszaniem prawa moralnego, wciąż porywać do realizacji przykazania miłości; łatwo bowiem zakorzenia się w ludzkich sercach wewnętrzna znieczulica.

Jest to problematyka odwieczna, która nie tylko nie straciła swej aktualności w naszej epoce, ale stała się jeszcze wyrazistsza, jeszcze bardziej bijąca w oczy. Kościół potrzebuje ładu hierarchicznego w tym celu, aby mógł skutecznie służyć człowiekowi i społeczeństwu w dziedzinie ładu moralnego.

Tu jest ta synteza dwóch świętych. Św. Stanisław jest wyrazicielem, symbolem i patronem tego ładu i jedności dwóch ładów. Ponieważ zaś ład moralny leży u podstaw całej ludzkiej kultury, słusznie tradycja narodowa upatruje właściwe miejsce św. Stanisława u podstaw kultury polskiej. Episkopat Polski wpatrzony w tego swojego wielkiego protagonistę w dziejach Ojczyzny nie tylko może, ale wręcz musi czuć się stróżem tej kultury. Musi do swego współczesnego posłannictwa i posługi zaliczyć szczególną troskę o całe dziedzictwo kultury polskiej, która wiadomo w jakiej mierze przeniknięta jest światłem chrześcijaństwa. Wiadomo zarazem, że właśnie kultura jest pierwszym i podstawowym dowodem tożsamości Narodu. Misja Episkopatu Polski na przedłużeniu misji św. Stanisława, naznaczona jakby jego dziejowym charyzmatem, jest w tej dziedzinie oczywista i niezastąpiona.

Trudno nasz wielki jubileusz związany z 900 rocznicą śmierci Stanisława ze Szczepanowa rozważać w izolacji od całego kontekstu europejskiego. Tak jak trudno w izolacji od tego kontekstu rozważać i przeżywać tysiąclecie chrztu Polski. Dzisiaj ten kontekst rozszerzył się poza Europę, przede wszystkim z uwagi na to, że synowie i córki tylu narodów europejskich – wśród nich także i Polacy – zaludnili i ukształtowali życie społeczne i kulturalne na innych kontynentach. Jednakże kontekst europejski znajduje się tutaj niewątpliwie u samych podstaw. Wspomniane już poprzednio analogie sprawy św. Stanisława w innych narodach i państwach tego samego okresu historii świadczą dobitnie o tym, jak bardzo Polska XI stulecia należała już do Europy i uczestniczyła w jej problemach, zarówno gdy chodziło o życie Kościoła, jak też o życie ówczesnych wspólnot politycznych. Tak więc jubileusz św. Stanisława, który przede wszystkim ma swój polski, rodzimy i ojczysty wymiar, słusznie przeżywamy w kontekście europejskim – i nie możemy go przeżywać inaczej. Bardzo cenna i prawdziwie wymowna jest przeto obecność przedstawicieli tylu Episkopatów Europy przy tej sposobności.

Tak się opatrznościowo złożyło, że w dniu 18 maja tego właśnie roku dane mi było uczestniczyć w uroczystości 35-lecia bitwy pod Monte Cassino i odniesionego tam zwycięstwa, do którego przyczynili się w zasadniczej mierze moi rodacy. Na tym samym Monte Cassino uczciliśmy św. Benedykta, nawiązując do zbliżającej się 1500 rocznicy jego urodzin – tego św. Benedykta, którego papież Paweł VI ogłosił patronem Europy.

Jeśli pozwalam sobie nawiązać do tego przy dzisiejszej sposobności, to właśnie z uwagi na europejski kontekst św. Stanisława, a także jego obecnego jubileuszu. Europa, która w ciągu swych dziejów wielokrotnie bywała podzielona, Europa, którą przy końcu pierwszej polowy bieżącego stulecia tragicznie podzieliła straszliwa wojna światowa, Europa, która wśród swoich współczesnych, stale trwających podziałów ustrojowych, ideologicznych, ekonomiczno-politycznych, nie może przestać szukać swojej podstawowej jedności, musi zwrócić się do chrześcijaństwa. Bez względu na różnice tradycji, jakie zachodzą na terenie europejskim pomiędzy jego wschodnim i zachodnim odłamem, jest to przecież to samo chrześcijaństwo, wywodzące się od tego samego, jednego Chrystusa, przyjmujące to samo słowo Boże, nawiązujące do tych samych dwunastu apostołów. Ono właśnie znajduje się u korzeni dziejów Europy. Ono kształtuje jego duchową genealogię.

Wymowa obecnego jubileuszu św. Stanisława, patrona Polski, w którym ma szczęście uczestniczyć pierwszy w dziejach Kościoła i dziejach Europy papież-Polak, papież-Słowianin, przemawia za tym. Chrześcijaństwo musi podjąć na nowo swój udział w kształtowaniu duchowej jedności Europy. Same racje ekonomiczne i polityczne jej nie ukształtują. Musimy zstąpić głębiej: do racji etycznych. Episkopat Polski, wszystkie Episkopaty i Kościoły Europy, mają tu ogromne zadanie do spełnienia. Stolica Apostolska widzi swoje zadania wobec tych wielorakich zadań zgodnie z charakterem posłannictwa i posługiwania Piotrowego. Kiedy Chrystus powiedział do Piotra: „Utwierdzaj twoich braci” (Łk 22, 32), powiedział mu przez to samo: „służ ich jedności”.

Jasna Góra, Biblioteka, 5 czerwca 1979


Dzielimy się tajemnicą zbawienia

Anioł Pański

Jest w Rzymie taki piękny zwyczaj, że papież w każdą niedzielę i święto odmawia „Anioł Pański” z wiernymi, którzy gromadzą się w tym celu na placu św. Piotra. Ten zwyczaj zastałem jako dziedzictwo po moich czcigodnych poprzednikach, a przede wszystkim po Pawle VI i podtrzymuję go z wielką radością. Modlitwa jest zawsze poprzedzona krótkim rozważaniem, a także przypomnieniem spraw, które szczególnie wypada polecać Bogu w modlitwie, zakończona zaś jest błogosławieństwem.

Moi rodacy w Polsce wiedzą o tym rzymskim zwyczaju. Co więcej, od dnia, kiedy zostałem powołany na stolicę św. Piotra, spontanicznie zaczęli się ze mną łączyć, odmawiając „Anioł Pański” każdego dnia o zwyczajnych porach: rano, w południe i wieczór. Modlitwa ta, jak słyszę, stała się powszechnym zwyczajem, jak o tym świadczą liczne listy, a także wzmianki w prasie. Poprzez „Anioł Pański” łączymy się ze sobą duchowo, pamiętamy o sobie, dzielimy się tajemnicą zbawienia, jaką nosimy w naszych sercach, dzielimy się samym sercem.
Pragnę dzisiaj, odmawiając „Anioł Pański” z Jasnej Góry, podziękować wszystkim moim Rodakom w całej Polsce za tę szlachetną inicjatywę. Zawsze byłem głęboko wzruszony tym stałym dowodem pamięci – i dziś pragnę temu dać wyraz publiczny, tu w Polsce, na Jasnej Górze.

Równocześnie pragnę, drodzy bracia i siostry, razem z wami prosić Matkę Najświętszą o to, ażeby modlitwa „Anioł Pański” stale przypominała każdemu i wszystkim o tym, jak wielka jest godność człowieka. Istotnie bowiem taki jest również owoc tej modlitwy i taki jej cel. Przypominając, że „Słowo stało się Ciałem”, że Syn Boży stał się człowiekiem, musimy sobie zarazem uświadomić, jak wielkim przez tę tajemnicę – przez wcielenie Syna Bożego – stał się każdy człowiek. Bo przecież dla objawienia przedwiecznej miłości Stwórcy i Ojca, a zarazem dla ukazania godności każdego z nas, Chrystus począł się w łonie Maryi i stał się człowiekiem. O tym właśnie przypomina nam modlitwa „Anioł Pański”. Dlatego tak systematycznie ją odmawiamy.

Jeśli systematycznie odmawiamy „Anioł Pański”, modlitwa ta musi kierować całym naszym postępowaniem. Nie możemy odmawiać jej ustami, nie możemy powtarzać słów modlitwy „Anioł Pański”, a równocześnie postępować w sposób, który sprzeciwiałby się naszej ludzkiej i chrześcijańskiej godności.

Nie będę teraz mówił szczegółowo o tym, co w postępowaniu Polaków sprzeciwiać by się mogło godności „obrazu i podobieństwa Bożego”, godności potwierdzonej przez tajemnicę Wcielenia.

Znamy doskonale wady, które przemieniają się niekiedy w prawdziwe plagi zagrażające życiu duchowemu czy nawet biologicznemu Narodu.

Myślcie o tym, drodzy bracia i siostry. Gorąco was o to proszę. Niech na ziemi polskiej trwa nadal „Anioł Pański” w łączności z papieżem. I niech wydaje owoce w całym polskim życiu. Nie tylko od święta, ale i na co dzień.
Poproszę teraz Księdza Prymasa i wszystkich obecnych tutaj biskupów, ażeby wspólnie ze mną pobłogosławili wszystkim tak licznie zgromadzonym pielgrzymom. Chcę dodać, że przybywa nam gości. Wczoraj witałem tutaj przedstawicieli Kościoła, Episkopatu węgierskiego, a dziś pragnę powitać przewodniczącego Konferencji Episkopatu Włoch. Jest to Konferencja bardzo liczna, najliczniejsza w Europie. Przewodniczącym jej do niedawna jeszcze był arcybiskup Bolonii, kardynał Antonio Poma. Od niedawna, od kilku tygodni, Konferencja Episkopatu Włoch (w skróceniu CEI – Conferenza Episcopale Italiana) ma nowego przewodniczącego, w osobie arcybiskupa Turynu, Anastasio Alberto Ballestrero. I on jest właśnie naszym gościem. Jest to pierwsza jaskółka, zwiastująca przybycie następnych, właśnie z tychże samych Włoch…

Jest to oczywiście w szczególny sposób radość Konferencji Episkopatu Polski. Ja nie chciałbym wyręczać w tym miejscu Księdza Prymasa i Konferencji Episkopatu Polski. Na pewno znajdą oni słowa wymowniejsze od moich, aby wyrazić radość, pochodzącą z przybycia przewodniczącego tej tak ważnej dla całego Kościoła powszechnego Konferencji Episkopatu.

Więc pragnę tylko poprosić wszystkich czcigodnych i drogich księży biskupów polskich i gości, ażeby obecnie wspólnie ze mną udzielili błogosławieństwa. A potem wrócimy do pracy… Właśnie jesteśmy w trakcie posiedzenia Konferencji Episkopatu Polski. Przybyliśmy tutaj razem i wracamy jeszcze na posiedzenie Rady Głównej.

Jasna Góra, Szczyt, Pański, 5 czerwca 1979


Dziś i jutro polskiej kultury katolickiej

Do Rady Naukowej Episkopatu Polski

Chcę Księdzu Biskupowi bardzo serdecznie podziękować za słowa co dopiero usłyszane, a jeszcze bardziej za to, że przejął dziedzictwo po mnie, że Rada Naukowa ma nie tylko swój „corpus”, ale i swoją „caput” [głowa – red.], że tutaj jest obecna „in corpore et m capite”, tak jak została wypracowana w przeszłości. Za to jestem bardzo wdzięczny Opatrzności Bożej, Episkopatowi Polski, że ta fundacja jest podtrzymywana. Trudno, żebym nie powiedział na początku także i tego, co już częściowo powiedziałem w innym miejscu, mianowicie przy spotkaniu ze studentami w Warszawie, które rozrosło się do takich rozmiarów ilościowych przed kościołem św. Anny, że nie wiem, czy wszystkie uczelnie uniwersyteckie w Polsce razem wzięte liczą tylu studentów, ilu tam wtedy było obecnych ludzi. Niemniej, niezależnie od tej okoliczności, dominowali tam na pewno studenci, studenci Uniwersytetu i innych wyższych uczelni warszawskich. Powiedziałem im tam: muszę się uważać za waszego starszego kolegę, ponieważ swoją formację akademicką – intelektualną, kulturalną zawdzięczam polskim uniwersytetom. Nie wyłącznie, ale w mierze zupełnie zasadniczej. W tym gronie co mi wypada powiedzieć? Nie mogę powiedzieć, że się muszę uważać za waszego starszego kolegę. Jest na sali obecny jeden świadek mojej habilitacji i to niewątpliwy. Nie tylko świadek, ale i recenzent: profesor Swieżawski. Mojej habilitacji historycznej, ponieważ ostatniej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedy ten Wydział należał jeszcze zgodnie z 600-letnią tradycją do korpusu tego najstarszego w Polsce uniwersytetu. O doktorat się nie będziemy spierać – do tego się mimo wszystko przyznaje Angelicum. Mimo wszystko… Gdybyśmy poszperali w papierach, okazałoby się, że formalnie ma do tego prawo także Uniwersytet Jagielloński. No, jeżeli chodzi o Katolicki Uniwersytet Lubelski, to wszyscy wiedzą, jak to tam było, że tam ze mnie, formalnego teologa, zrobili materialnego filozofa, ale nie materialistycznego.

To tak dla rozweselenia i przypomnienia naszych wielu spotkań w innych układach, w różnych okolicznościach – powiedziałbym: częściej nieformalnych niż formalnych, myślę natomiast, że prawie zawsze bardzo merytorycznych, nawet wówczas, kiedy te spotkania odbywały się w warunkach mało formalnych, pozakameralnych, kiedy uprawialiśmy nawet trochę życie leśnych ludzi, to także bywały one spotkaniami merytorycznymi. Niewątpliwie, że jestem tutaj w środowisku, z którym najbliżej byłem związany w czasie mojego bądź co bądź ponad 30-letniego kapłaństwa i 20-letniego biskupstwa w Polsce, które także szczególnie było bliskie mojemu sercu. I dlatego też przemawiając tutaj, muszę uważać, mówić sobie stale: „Milcz serce, bo mówisz do profesorów, a to są ludzie bez serca”.

Teraz spróbuję na chwilę trochę poczytać z kartki.
Z wielką radością, co już powiedziałem, spotykam czcigodne grono Rady Naukowej Episkopatu Polski, której do niedawna z woli Konferencji tego Episkopatu przewodniczyłem. Dzisiaj witam najserdeczniej mojego następcę księdza biskupa Mariana Rechowicza, oraz wszystkich drogich księży i panów profesorów.
Były pewne projekty w drodze, ale nie dopracowaliśmy się na razie pani w gronie Rady Naukowej Episkopatu: – ani pani, ani siostry. Kto wie, może to nastąpi.
Pragnę wam powiedzieć, że do Rady Naukowej przywiązuję w dalszym ciągu to wielkie znaczenie, jakie przywiązywałem w przeszłości. Może obecnie, po ogłoszeniu nowej konstytucji apostolskiej „Sapientia christiana” w sprawie studiów akademickich, jeszcze wyraziściej widzę aktualność naszej Rady Naukowej, jeszcze precyzyjniej doceniam jej funkcję i odpowiedzialność. Pozwólcie, że zrobię do tego małego paragrafu szerszy komentarz. Możemy zacząć właśnie od tej konstytucji apostolskiej, która ukazała się bardzo niedawno, chociaż nosi datę wydania 15 kwietnia, czyli związana jest z uroczystością wielkanocną, a jeżeli chodzi o „ordinationes” załączone do konstytucji – noszą datę 29 lub 30. Po włosku 29 kwietnia, czyli datę uroczystości św. Katarzyny Sieneńskiej, aby pokazać, że Kościół chce wprowadzić kobiety do Rady Naukowej! Jest to poniekąd dokument życia kardynała dobrze nam znanego, przyjaciela naszego, kardynała Gabriela Marii Garrone, dokument jego prefektury w Kongregacji pro Institutione Catholica, który w pewnej mierze przygotowaliśmy wspólnie. Chyba ksiądz biskup Rechowicz jest najdawniejszym świadkiem przygotowań tej nowej konstytucji, bo był pierwszym uczestnikiem polskim, jeszcze jako rektor KUL-u, tego zebrania, na którym zaczęto planować nową konstytucję, chyba już po wydaniu „Normae quaedam”, albo też mniej więcej w momencie wydania tej nowelizacji do starej konstytucji „Deus scientiarum Dominus”. A potem, już jako zorganizowana Rada Naukowa uczestniczyliśmy w zebraniu rzymskim, które miało miejsce z końcem listopada i z początkiem grudnia 1976 roku. Uczestniczyliśmy razem z reprezentantami uczelni katolickich z całego świata w bardzo silnym składzie, zwłaszcza gdy chodziło o delegatów biskupów. To zebranie było właśnie ostatnią konsultacją przed napisaniem konstytucji.

Myślę, że istnieją dwa problemy, a zarazem dwa postulaty, które znajdują swój wyraz w nowej konstytucji, a które w pewnym sensie stoją u fundamentu powołania Rady Naukowej Episkopatu Polski, które określają jej genezę i jej funkcję. Oczywiście, że te problemy i postulaty zarazem, które wymienię, aczkolwiek nie wyczerpują całości zagadnienia, są jednak bardzo istotne. Przede wszystkim chodzi o to, ażeby wyciągnąć w tym dokumencie właściwy wniosek z nauki Soboru o kolegialności Episkopatu. Wiadomo, że uczelnie akademickie w Kościele są w szczególny sposób podporządkowane Stolicy Apostolskiej; że ona jest właściwym autorytetem jurysdykcyjnym dla tych uczelni. Ona jest także ich własnym zwierzchnikiem na forum pozakościelnym, międzynarodowym: ona jest właściwym autorytetem. Jeżeli te uczelnie wszystkie mają jako kościelne, jako katolickie, swój autorytet akademicki w zasięgu światowym, międzynarodowym, to mają go ze względu na zwierzchność Stolicy Apostolskiej. Oczywiście, że nie instytucja kształtuje naukę. Naukę kształtują uczeni, ale kształtują w ramach instytucji. Jeżeli ma to być nauka katolicka, jeżeli w tej nauce katolickiej w świecie współczesnym, dzisiejszym i jutrzejszym, ma panować prawdziwa wolność akademicka w znaczeniu katolickim, to te sprawy muszą być bardzo jasno postawione w konstytucji.

Otóż myślę, że instytucja powołana przez Episkopat Polski, która się nazywa Radą Naukową, jest jakimś nieschematycznym prototypem tego, do czego musi się dążyć w Kościele, to znaczy do tej odpowiedzialności za naukę katolicką. Oczywiście ta odpowiedzialność za naukę katolicką ma różne kręgi. Zupełnie innego typu odpowiedzialnością za naukę katolicką jest ta odpowiedzialność, która dotyczy wprost nauczania wiary i zasad moralności chrześcijańskiej, i zupełnie innego typu odpowiedzialnością za naukę katolicką jest ta, która się wiąże ze sposobem uprawiania filozofii, bo tu jesteśmy na terenie poszukiwań rozumu ludzkiego nie związanego – że tak powiem – ze słowem Bożym wprost, a jeszcze inną, gdy chodzi o cały szereg, cały najszerszy krąg różnorakich nauk, aż do nauk, powiedzmy, technicznych, bo i to przecież wchodzi w strukturę różnych uniwersytetów katolickich na świecie. I stąd też i ta zasada odpowiedzialności Episkopatów wspólnie ze Stolicą Apostolską za instytucje katolickie naukowe, akademickie będzie musiała być stosowana analogicznie. To jest jeden problem centralny. W każdym razie w postawieniu tego problemu zawiera się dokładnie ta sama zasada, która przyświecała nam w Polsce w momencie powołania Rady Naukowej, a mianowicie, że Kościół musi mieć prawo i musi mieć środki stanowienia o swojej własnej nauce. Musi mieć prawo i musi mieć środki stanowienia o swojej własnej nauce zarówno pod względem merytorycznym, treściowym z uwzględnieniem całej analogii czy analogiczności tej treści, jak też i pod względem strukturalnym, personalnym itd.

Druga zasada, którą wyniosłem z Polski, a która bardzo głęboko wchodzi w doświadczenie Kościoła w całym świecie, to jest zasada odpowiedzialności za akademickie wykształcenie kleru. Może się wydawać, że to jest zasada zawężająca funkcje uczelni katolickiej, zwłaszcza uniwersytetów, zwłaszcza uniwersytetów wielowydziałowych, wielo-dyscyplinowych, które to uniwersytety kształcą czasem w ogromnej większości ludzi świeckich i dlatego też ta zasada tam nie sięga, do tego się nie odnosi; niemniej jesteśmy świadkami pewnego tradycyjnego podziału. Powiedziałbym, że ten podział zaczyna już w ostatnich czasach przybierać charakter jakiegoś rozszczepienia pomiędzy statusem akademickim ludzi świeckich, niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu – i duchownych, uformowanych w seminariach duchownych, które „per se” statusu akademickiego nie mają. Kościół nie nadał im tego statusu nigdy i nie nadaje im również konstytucja „Sapientia christiana”. Zgoda. Seminaria duchowne „per se” czemu innemu służą. Niemniej trzeba zapobiec temu, powiadam, rozszczepieniu, które zaczęło się kształtować. Przeglądałem raporty prowadzone przez Kongregację pro Institutione Catholica, z których wynika, że księża wychodzący z seminariów na całym świecie szukają kompensaty akademickiej. Studiują przeróżne dziedziny. Następuje jakieś rozproszenie sił, siły ich świadomości; przede wszystkim utrata wiary w to, że z racji swego kapłaństwa, swojej misji, kapłan jest człowiekiem o wykształceniu, o statusie akademickim, co niewątpliwie ma swoje konsekwencje w jego osobistej świadomości, w jego pozycji społecznej. Poruszając tę sprawę w Polsce, zawsze mówiłem i mówiliśmy sobie wszyscy razem, i w tym gronie, i na Konferencjach Episkopatu, że na pewno status społeczny księdza nie zależy przede wszystkim od jego stopnia akademickiego. Może być człowiekiem bez stopnia akademickiego. Świętość jego życia, czasem wybitne zdolności osobiste stwarzają fakt, że jest wielkim duszpasterzem, że ma ogromny wpływ apostolski. Ale to byłoby rozumowanie „per accidens”.

Trzeba dążyć do tego, ażeby jego status, status akademicki, przez to samo i społeczny status księdza odpowiadał jego faktycznemu wykształceniu.
I to jest drugie z tych doświadczeń polskich, które wszyscy mniej lub bardziej znamy i wiemy, jak wygląda w naszej rzeczywistości. Weszło ono do konstytucji „Sapientia christiana”, przynajmniej w formie generalnego postulatu: należy dążyć do tego wszędzie, ażeby przygotowanie do kapłaństwa łączyło się efektywnie z osiąganiem stopnia akademickiego, statusu człowieka o wyższych studiach. Oczywiście, że to wszystko nie dopowiada sprawy do końca. Właściwie nie mówi o rzeczy najważniejszej. Rzeczą najważniejszą dla Rady Naukowej jest nauka, uprawianie nauki. Stajemy jednak chyba na słusznym stanowisku, że istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy nauką, uprawianiem nauki a nauczaniem. Jeżeli nauczanie ma mieć profil, wyraz akademicki, uniwersytecki, musi się opierać na uprawianiu nauki, czyli musi być związane z pewnego typu warsztatem i vice versa: jeżeli nauka ma wypływać z nauczania akademickiego, musi być autentyczną nauką.
Kościół – zwłaszcza w naszej epoce – musi podejmować tę odpowiedzialność.
Musi, po pierwsze, stanowić świadomie o sprawach swojej własnej nauki na poziomie akademickim. Musi, podobnie, z pełną świadomością uczestniczyć w wielkich procesach nauki współczesnej, związanych z działalnością uniwersytetów i wielorakich instytutów, zwłaszcza zaś swoich własnych uniwersytetów i instytutów katolickich.
Rada Naukowa Episkopatu, skupiająca w sobie przedstawicieli wszystkich uczelni katolickich o charakterze akademickim w Polsce, w tym właśnie ma dopomagać Episkopatowi i Kościołowi w naszej Ojczyźnie. Powiedziałbym: społeczeństwu katolickiemu. Nie przesadzę, gdy powiem, że spoczywa na niej poważna część odpowiedzialności za dziś i jutro polskiej kultury chrześcijańskiej.

I dlatego też, mając w pamięci to wszystko, polecam waszą dalszą działalność, czcigodni biskupi i profesorowie, Stolicy Bożej Mądrości i z całego serca wam błogosławię.

Jasna Góra, Biblioteka, 5 czerwca 1979


Świadectwo jedności i pojednania

Do Pielgrzymów ze Śląska Dolnego i OpolskiegoDrodzy moi Bracia i Siostry, Umiłowani Rodacy!

Wielką radość sprawiacie mi dzisiaj, przybywając na Jasną Górę z ziem prastarych piastowskich, z Dolnego Śląska, z Opolszczyzny, z ziemi lubuskiej. Wielką radość sprawiacie mi dzisiaj, przybywając z waszymi pasterzami w tak licznej pielgrzymce metropolii wrocławskiej. Witam was wszystkich – witam archidiecezję wrocławską, witam diecezję opolską, witam diecezję gorzowską. Witam pasterzy, metropolitę wrocławskiego Henryka oraz księży biskupów pomocniczych z Wrocławia, biskupa opolskiego Alfonsa oraz biskupów pomocniczych z Opola. Witam biskupa gorzowskiego Wilhelma, z którym jestem szczególnie związany tym samym dniem nominacji biskupiej. Witam także jego biskupa pomocniczego Pawła, którego z kolei ja na biskupa konsekrowałem w dawnych czasach. Proszę was, a przede wszystkim proszę waszych pasterzy, ażeby powróciwszy do Wrocławia, złożyli moje wotum i pomodlili się wraz ze mną na grobie śp. kardynała Bolesława Kominka, metropolity wrocławskiego, z którym łączyły mnie szczególne więzy przyjaźni aż do jego śmierci. Proszę również, ażeby podobne wotum wraz z modlitwą złożyli w Opolu na grobie śp. biskupa Franciszka Jopa, któremu wiele zawdzięczam; wreszcie w Gorzowie na grobie śp. biskupa Benscha. Proszę was także, ażebyście wy, pielgrzymi, uczestnicy tego dzisiejszego spotkania z papieżem Janem Pawłem II na Jasnej Górze, pozdrowili ode mnie Rodaków, mieszkających w wielomilionowej rzeszy na Dolnym Śląsku, na Opolszczyźnie, na ziemi lubuskiej; żebyście pozdrowili wszystkich waszych kapłanów, duszpasterzy, siostry zakonne, rodziny zakonne; przede wszystkim, żebyście pozdrowili całą społeczność Ludu Bożego i Narodu polskiego, zamieszkującą te ziemie. Jeszcze na jedno mi pozwólcie – że wtrącam się tutaj w prawo gospodarza i coraz to witam jakichś nowych gości z zagranicy, przybywających do naszego grodu na uroczystości stanisławowskie. Dzisiaj pragnę powitać nowego gościa, którego wszyscy dobrze znamy. Wprawdzie przybywa ze Stanów Zjednoczonych, ale nosi polskie nazwisko – kardynał Jan Król. Wiemy zaś, że jest w Stanach Zjednoczonych arcybiskupem archidiecezji Filadelfii. Jest to miasto, które w Stanach Zjednoczonych nosi najpiękniejszą nazwę, bo oznacza miłość braterską. W duchu tej miłości tutaj go witamy – my, rodacy jego rodziców i przodków. To tyle na razie powitań i pozdrowień.
A teraz pozwólcie, że z Jasnej Góry przekażę szczególne wotum do sanktuarium św. Jadwigi w Trzebnicy, koło Wrocławia. Tym wotum jest świeca paschalna, którą przywiozłem z Rzymu oraz kielich dla sanktuarium trzebnickiego. Mam, jak wiecie dobrze, szczególne powody do przekazania tego wotum, które w tej chwili odbiera ode mnie metropolita wrocławski. Mam szczególne do tego powody. Opatrzność Boża w swoich niewypowiedzianych zrządzeniach wybrała dzień 16 października 1978 roku jako dzień przełomowy w moim życiu. W dniu 16 października Kościół w Polsce czci św. Jadwigę Śląską. I dlatego też poczytuję za mój szczególny obowiązek złożyć dzisiaj na ręce Kościoła w Polsce, na ręce metropolity wrocławskiego, to wotum dla tej Świętej, która jako patronka sąsiadujących narodów, jest również patronką dnia wyboru pierwszego Polaka na Stolicę Piotrową. To wotum, które odebrał metropolita wrocławski, oddaję jak gdyby w ręce wszystkich pielgrzymów, którzy dzisiaj tak licznie, tłumnie, przybyli na Jasną Górę z całego Dolnego Śląska. Proszę, abyście po powrocie do waszych stron zanieśli to papieskie wotum do sanktuarium w Trzebnicy, miejsca, które stało się nową Ojczyzną z wyboru św. Jadwigi, tak jak moją nową Ojczyzną z wyboru stał się Rzym. Niech też to moje wotum dopełni tej długiej historii ludzkich wydarzeń, nieraz bardzo trudnych, a zarazem dzieł Opatrzności Bożej, jakie wiążą się z tym miejscem, z tym sanktuarium w Trzebnicy – i całą waszą ziemią.
Św. Jadwiga, żona Henryka z rodu Piastów, zwanego Brodatym, pochodziła z bawarskiej rodziny Andechs. Objawiła się w dziejach naszej Ojczyzny, a pośrednio i całej Europy XIII stulecia, jako owa „niewiasta dzielna”, o której wspomina Pismo Święte. Szczególnie w pamięci naszej utkwiło i zawsze tkwi to wydarzenie, którego bohaterem był syn św. Jadwigi, książę Henryk Pobożny. To on stawił skuteczny opór najazdowi Tatarów, który w roku 1241 przeszedł przez Polskę ze Wschodu, z Azji, i zatrzymał się dopiero tutaj na Śląsku, pod Legnicą. Wprawdzie Henryk Pobożny poległ w tym śmiertelnym boju, jednakże Tatarzy byli zmuszeni wycofać się – i nigdy już tak daleko ku Zachodowi nie zapuścili swoich zagonów. Za bohaterskim synem stała jego matka, która dodawała mu odwagi i polecała jego bój pod Legnicą Chrystusowi ukrzyżowanemu. Jej serce zapłaciło śmiercią syna za pokój i bezpieczeństwo ziem jej poddanych, a także ziem sąsiednich i całej zachodniej Europy.
W czasie tych wydarzeń Jadwiga była już wdową. Owdowiawszy, resztę lat swego życia poświęciła wyłącznie Bogu, wstępując do ufundowanego przez siebie opactwa w Trzebnicy. Tu także dokończyła swego świątobliwego żywota w roku 1243. Kanonizacja św. Jadwigi została dokonana rychło, w roku 1267. Data jej jest dość zbliżona do daty kanonizacji św. Stanisława (1253 r.), którego Kościół w Polsce od stuleci czci jako swego głównego patrona.

W tym roku na 900 rocznicę jego męczeńskiej śmierci w Krakowie na Skałce, pragnę jako pierwszy papież – syn Narodu polskiego, który przedtem był następcą św. Stanisława na jego stolicy w Krakowie, a wybrany został na stolicę św. Piotra w dniu św. Jadwigi, dołączyć to moje wotum dla jej sanktuarium w Trzebnicy jako dalszy etap owej wielowiekowej historii, w której wszyscy uczestniczymy.

Z wotum niniejszym łączę szczególnie gorące życzenia dla wszystkich uczestników tej Najświętszej Eucharystii, którą odprawiamy dziś na Jasnej Górze. Święci, których tutaj dziś wspominamy w obliczu naszej Pani Jasnogórskiej, poprzez wieki dają nam świadectwo jedności pomiędzy Rodakami i pojednania pomiędzy narodami. Tej właśnie jedności i tego pojednania pragnę życzyć. O nią się najgoręcej modlę.
Jedność zapuszcza swe korzenie w życiu Narodu – tak jak zapuściła korzenie w trudnym okresie dziejów Polski za sprawą św. Stanisława – wówczas, gdy życie ludzkie na różnych poziomach poddane jest wymogom sprawiedliwości i miłości. Pierwszym takim poziomem jest rodzina. I ja – drodzy rodacy – pragnę modlić się dziś razem z wami – o jedność wszystkich polskich rodzin. Jedność ta bierze początek w sakramencie małżeństwa, w owych uroczystych ślubach, którymi wiążą się z sobą mężczyzna i kobieta na całe życie, powtarzając sakramentalne „a iż cię nie opuszczę aż do śmierci”. Jedność ta wynika z miłości oraz wzajemnego zaufania – a owocem jej i nagrodą jest również miłość i zaufanie dzieci w stosunku do rodziców. Ta więźba duchowa jest najsilniejszym fundamentem jedności. Biada, jeśli ona osłabnie lub wykruszy się pomiędzy małżonkami, a także pomiędzy rodzicami i dziećmi. Świadomi zła, jakie niesie z sobą rozbicie rodziny, módlmy się dzisiaj o to, aby nie ulegała ona temu wszystkiemu, co niszczy jedność, ażeby była prawdziwym „siedliskiem sprawiedliwości i miłości”.

Podobnej sprawiedliwości i miłości potrzebuje Naród, jeśli ma być wewnętrznie zjednoczony, jeśli ma stanowi spoistą jedność. A chociaż trudno jest upodabniać Naród – to wielomilionowe społeczeństwo – do rodziny, najmniejszej, jak wiadomo, ludzkiej wspólnoty, społeczności, to i w nim także, Narodzie, jedność zależy od sprawiedliwego zabezpieczenia potrzeb, praw i zadań każdego członka Narodu. Tak, aby nie rodził się rozdźwięk i kontrast na tle różnic, które niesie z sobą uprzywilejowanie jednych, upośledzenie drugich. Z dziejów Ojczyzny naszej wiemy, jak zadanie to jest trudne – a jednak nigdy nie można zrezygnować z olbrzymiego wysiłku, którego celem jest budowanie sprawiedliwej jedności wśród synów i córek jednej Ojczyzny. Musi zaś temu towarzyszyć miłość tejże Ojczyzny: umiłowanie jej kultury i historii, umiłowanie specyficznych wartości, które stanowią o miejscu tej Ojczyzny w wielkiej rodzinie narodów, umiłowanie wreszcie Rodaków – ludzi mówiących tym samym językiem i odpowiedzialnych za tę samą wspólną sprawę, której na imię „Ojczyzna”.
Modląc się dziś i ja wspólnie z wami o jedność wewnętrzną Narodu, której patronem – zwłaszcza w wieku XIII i XIV – stał się św. Stanisław, pragnę również polecić Bogarodzicy na Jasnej Górze owo pojednanie pomiędzy narodami, którego pośredniczkę widzimy w św. Jadwidze. Tak jak warunkiem jedności wewnętrznej w obrębie każdego społeczeństwa czy społeczności jest poszanowanie praw każdego członka wspólnoty, bądź to rodzinnej, bądź to narodowej, podobnie też warunkiem pojednania pomiędzy narodami jest uznanie i respektowanie praw każdego Narodu. Jest to przede wszystkim prawo do istnienia oraz do samostanowienia o sobie, z kolei prawo do własnej kultury oraz do wielostronnego rozwoju. Wiemy dobrze z dziejów naszej Ojczyzny, jak wiele kosztowało nas naruszanie, łamanie, deptanie tych niezbywalnych praw. I dlatego też z tym większą gotowością podejmujemy modlitwę o trwałe pojednanie pośród narodów Europy i świata. Wyrządzone krzywdy domagają się naprawienia, a rany – zagojenia. Niechaj to trwałe pojednanie pośród narodów Europy i świata będzie owocem uznania i rzeczywistego poszanowania praw każdego Narodu.
Kościół pragnie służyć jedności pomiędzy ludźmi. Pragnie służyć pojednaniu pomiędzy narodami. Należy to do jego zbawczego posłannictwa. Stale myśli nasze i serca nasze otwieramy w stronę tego pokoju, o którym Pan Jezus mówił do apostołów tyle razy zarówno przed męką, jak i po zmartwychwstaniu: „Pokój mój daję wam, pokój zostawiam wam” (por. J 14, 27).
Oby ten papież, który dziś do was przemawia ze szczytu Jasnej Góry, mógł owocnie służyć sprawie jedności i pojednania we współczesnym świecie. Nie przestawajcie mnie w tym wspierać poprzez wasze modlitwy na całej polskiej ziemi.
Obyście także wy, umiłowani rodacy – wy wszyscy Polacy, którzy tyle doznaliście udręczeń i cierpień, wojen i okupacji, ponad stuletnich rozbiorów – mogli cieszyć się wewnętrznym pokojem, wewnętrzną wolnością, jednością i poszanowaniem praw naszego Narodu, które to prawa wypracował sobie ciężką krwawicą wśród narodów Europy i świata.

Oby mógł się świat cieszyć pokojem, oby Europa mogła cieszyć się pokojem i równowagą, oby Ojczyzna mogła cieszyć się pokojem i poszanowaniem jej prawa obywatelstwa wśród wszystkich narodów Europy i świata.
Tak, drodzy rodacy, drodzy bracia i siostry, właśnie o to przyszedłem tutaj modlić się wspólnie z wami na Jasną Górę, u stóp naszych świętych patronów, Stanisława i Wojciecha, i tej świętej patronki ziemi śląskiej, świętej Jadwigi.
Widzę też przed mymi oczyma transparent w języku niemieckim, pozdrawiający papieża od katolików z Berlina. W tym samym duchu pokoju i pojednania pozdrawiam tych naszych braci i siostry, którzy przybyli tutaj wspólnie z nami modlić się o pokój i pojednanie między narodami Europy i świata. Amen.

Po Mszy świętej Ojciec Święty powiedział:

Moi drodzy, bardzo wam dziękuję. Bardzo wspaniale wygląda ten Dolny Śląsk i Opolszczyzna, i ziemia lubuska, przeniesione tu pod Jasną Górę.
Zupełnie jakby nowe oblężenie Jasnej Góry! Tylko ta różnica, że przy tamtym oblężeniu Szwedzi jej nie zdobyli, a wyście ją od razu zdobyli.
Jaki z tego wniosek na przeszłość – i na przyszłość? – Jasnej Góry po złości nie zdobędziesz, tylko po dobroci! Armatami nie zdobędziesz – tylko miłością! I jeszcze mam jedną uwagę co do tego, coście tu przed chwilą śpiewali – „Sto lat”. Tyle razyście śpiewali, że ja sobie myślałem w duszy – „bodajby mi się tylko nie spełniło”.
Moi drodzy, nie widzę żadnego innego wyjścia z tych waszych życzeń, tylko stąd uciec i schować się w klasztorze, ale jeszcze wam obiecuję powrócić niedługo na Apel Jasnogórski. Nie wiem, czy wytrzymacie…

Jasna Góra, Szczyt, 5 czerwca 1979

Log In or Create an account