email: dar-modlitwy@jasnagora.pl | tel. 34 37 77 427

Droga Prymasa Wyszyńskiego

Czcigodny i Umiłowany Księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu, co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża Polaka, który dziś pełen bojaźni Bożej, ale i pełen ufności rozpoczyna nowy pontyfikat, gdyby nie było Twojej wiary, nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twojego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry – i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem.

Św. Jan Paweł II

 

Anna Rastawicka, Instytut Prymasa Wyszyńskiego

Na niełatwych drogach życia

Droga Prymasa Wyszyńskiego

Spojrzenie z perspektywy lat na osobę i misję kardynała Stefana Wyszyńskiego może rodzić złudzenie, że w jego życiu od początku do końca wszystko było pasmem przywilejów. W istocie tak nie było. Nie bez pokrycia są słowa, które wypowiedział przed śmiercią: „Moja droga była zawsze drogą Wielkiego Piątku na przestrzeni tych trzydziestu pięciu lat w biskupstwie. Jestem za nią Bogu bardzo wdzięczny”[1].

W artykule – kliknij i przewiń:

DzieciństwoSeminarium i święcenia kapłańskiePoczątek pracy kapłańskiejWojenna tułaczkaNa stolicy biskupiej w LubliniePasterz Kościoła w PolscePorozumienieTrzy lata uwięzienia Na przełęczy dziejów


 

Dzieciństwo

Życie matkaKsiędza Prymasa od samego początku nie było wolne od bolesnych doświadczeń, trudów i cierpienia. Już w dzieciństwie poznał smak rosyjskiej niewoli. Urodził się 3 sierpnia 1901 roku w małej wiejskiej osadzie Zuzela, na pograniczu Podlasia i Mazowsza nad Bugiem. Teren ten pozostawał pod zaborem rosyjskim. Jego metryka została spisana zgodnie z zarządzeniem władz zaborczych w języku rosyjskim. Tylko ojciec Stefana, który sporządzał metrykę, ponieważ jako organista prowadził także księgi parafialne, podpisał się polskimi literami. Po polsku napisał też imię syna Stefan i imię jego matki Julianna.

Któregoś roku miałam szczęście towarzyszyć Księdzu Prymasowi, razem z kilkoma osobami, w wyprawie w rodzinne strony. Z wielkim przejęciem oglądał starą księgę parafialną w Zuzeli. Pokazywał nam też miejsce, gdzie stał dom, w którym się urodził. Niestety w czasie wojny dom spłonął. Ostała się jedynie pobliska szkoła, gdzie obecnie jest muzeum kardynała Wyszyńskiego. Poszliśmy też na cmentarz, aby nawiedzić grób zacnego proboszcza księdza Antoniego Lipowskiego, którego do końca życia z wdzięcznością wspominał. To on mówił z troską do małego Stefana: „Prostuj się, garbulu. Bo jak cię sękalem zdzielę, to się wyprostujesz”. „I prostowałem się” – mówił z uśmiechem kardynał Wyszyński. Do końca życia trzymał się prosto.

Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Księdza Prymasa, kiedy patrzył na świątynię w której odbudowie uczestniczył jako chłopiec, nosząc cegły i z przejęciem spoglądając na wydobywane z podziemi szczątki kości przodków.

Zatrzymaliśmy się też na drodze prowadzącej przez wieś obok kościoła. Tą drogą pędziły wieczorem patrole kozaków na koniach w kierunku Nura. Opowiadał, jakim niepokojem napawały go te przejazdy, na które patrzył jako dziecko. A gdy już kozacy przegalopowali przez wieś, zaczynało się normalne życie.

Dom rodzinny był dla Stefana ostoją bezpieczeństwa i ciepła. Tutaj nauczył się wiary w Boga, szacunku dla człowieka i ukochania ojczyzny. Do ojca – Stanisława Wyszyńskiego, organisty, schodzili się wieczorami okoliczni mieszkańcy, długo rozmawiali, śpiewali pieśni patriotyczne. Nocami ojciec zabierał małego Stefana i chodzili naprawiać krzyże na grobach powstańców styczniowych w okolicznych lasach. Zapamiętał też Stefan pierwsze lekcje z historii Polski, których udzielał mu ojciec z książki „24 obrazki z historii Polski”. Ojciec był człowiekiem, który dużo się modlił. Pokazywał nam Ksiądz Prymas w kościele w Zuzeli miejsce, gdzie godzinami klęczał przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej.

Wielką miłością darzył Stefan swoją matkę – Juliannę. Zapewne prowadzenie domu i wychowywanie pięciorga dzieci nie pozwalało jej na zbyt wiele chwil czułości wobec swoich pociech. Dlatego z rozrzewnieniem wspominał Stefan dzień, kiedy nabił sobie guza. Matka wzięła go wtedy na ręce, przyłożyła zimny nóż i trzymała w ramionach. Mówił po latach: „gotowy byłem częściej zbierać guzy, byle tylko mama potrzymała na kolanach”.

Stefan był bardzo wrażliwym, żywym dzieckiem. Zdarzało się, że czasami broił. Kiedyś spalił w piecu wszystkie lalki swoich sióstr. Najpierw był płacz, a potem, gdy przyszedł ojciec i chciał ukarać Stefana, ten schował się pod fortepian, a siostry zasłoniły go sobą tłumacząc „Tatusiu, on już więcej nie będzie”. Takie sytuacje umacniały więź rodzinną na całe życie. Z Mszą świętą prymicyjną pojechał na Jasną Górę ze swoją siostrą Stanisławą. Ostatnią Mszę świętą odprawił przy pomocy ks. Bronisława Piaseckiego 12 maja 1981 roku, w rocznicę swojej konsekracji biskupiej. Był już bardzo słaby, ale przyszły siostry Janina i Stanisława, więc się zmobilizował. W „Pro memoria” czytamy: „35 – rocznica mojej konsekracji na Jasnej Górze. O 9.30 koncelebrowałem z ks. Bronkiem. Było ciężko. Ale chciałem zrobić radość moim siostrom, Stanisławie i Janinie, które przyjechały na Msze świętą”. Jest to ostatni zapis w jego codziennych notatkach tzw. Pro memoria, które prowadził od 1949 roku.

Państwo Wyszyńscy przybyli do Zuzeli z Prostyni, gdzie Stanisław i Julianna Wyszyńscy zawarli związek małżeński. Pierwszą córką była Anastazja, drugi był Stefan, później Stanisława, Janina, następnie Wacław, który zmarł, mając 11 lat, prawdopodobnie na zapalenie opon mózgowych. Ostatnie, szóste dziecko Julianny i Stanisława Wyszyńskich – córeczka Zofia – żyła tylko miesiąc. To po jej narodzinach zmarła matka.

Śmierć matki była najboleśniejszym przeżyciem dla małego Stefana. Głęboko wryły się w jego pamięć te dramatyczne dni oczekiwania. Matka umierała prawie miesiąc. Był to czas bardzo trudny. Stefan ciągle nasłuchiwał, czy nie biją dzwony. Byłby to znak, że mama umarła. Pewnego dnia zwróciła się do niego słowami: „Stefan, ubieraj się”. Natychmiast pobiegł, żeby założyć palto, bo myślał, że trzeba biec po jakieś lekarstwo. Ale matka powiedziała: „nie tak się ubieraj”. Ojciec, widząc, że syn nie rozumie, powiedział: „później ci wyjaśnię”. Ksiądz Prymas nie mówił, jak mu to ojciec wytłumaczył. Powtarzał tylko, że matce zapewne chodziło o to, żeby „ubierał się w cnoty” na przyszłą drogę życia. A może widziała go już ubranego „inaczej”, w kapłańskie szaty?

Stefan siedział w szkole w napięciu, oczekując tej najtrudniejszej chwili. Nagle weszła do klasy jego siostra i zwracając się do nauczyciela, powiedziała: „tatuś prosi, żeby Stefan przyszedł do domu”. Stefan, myśląc, że matka umiera, nie czekał na pozwolenie nauczyciela lecz zerwał się i już był przy drzwiach. Nauczyciel krzyknął: „Siadaj, nigdzie nie pójdziesz”. Stefan odpowiedział: „A właśnie że pójdę”. „To już tutaj nie wrócisz” – zagroził nauczyciel. „Bardzo dobrze, nigdy więcej do tej szkoły nie wrócę. Mam dość nauki pana profesora” – odpowiedział Stefan. I tak się stało. Mądry ojciec nie zmuszał syna, aby wrócił do rosyjskiej szkoły. Po dwóch latach prywatnej nauki w domu zapisał go do gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie.

Julianna Wyszyńska zmarła 31 października 1910 roku, mając 33 lata. Przed śmiercią prosiła swojego męża Stanisława, żeby ożenił się z jej koleżanką Eugenią Godlewską, ponieważ sam nie poradzi sobie z wychowaniem pięciorga dzieci. Początkowo były one zbuntowane w stosunku do nowej mamy. Pokazywał nam Ksiądz Prymas ścieżkę w Andrzejewie, która uciekał ze swoim rodzeństwem na grób matki. Siedzieli tam długimi godzinami, aż przychodził ojciec i zabierał ich do domu. W końcu cierpliwością i dobrocią nowa mama zdobyła sobie serca dzieci. Ksiądz Prymas bardzo ją szanował, jednak matka Julianna pozostała jego największą miłością na ziemi. Ją prosił o pomoc w codziennej pracy, kiedy szedł na ambonę, ale przede wszystkim, kiedy było mu najtrudniej.

Ukojeniem dla małego Stefana była – jak wspominał po latach – myśl o Matce Najświętszej. Dom rodzinny Stefana, zarówno w Zuzeli, jak i Andrzejewie, znajdował się blisko kościoła. Aby służyć do Mszy świętej, Stefan szybko nauczył się ministrantury po łacinie. Od dziecka miał świadomość powołania. Gdy miał 8 lat, pewnego ranka obudził się z płaczem. Mama Julianna zapytała, dlaczego płacze. Stefan odpowiedział: „bo mi się śniło, żeście mnie ożenili, a przecież ja mam być księdzem”. Wiedział to od zawsze. Jako jedno z ważniejszych przeżyć w drodze do powołania wspomina nocne czuwanie w Wielki Piątek w kościele w Andrzejewie. „Cała niemal parafia zebrała się na ostatnie Gorzkie Żale. Śpiewano wszystkie trzy części, jak wtedy było w zwyczaju, a w przerwach obchodzono Drogę Krzyżową. Całą noc przesiedziałem w kościele skulony przy konfesjonale, który stał przy wejściu do zakrystii. Zapamiętałem mocno tę modlitwę na grobie Chrystusa. Przeżycia tej nocy rzeźbiły moją chłopięcą duszę pomagały mi odkrywać piękno drogi, którą zamierzałem pójść. Uważałem, że to jest jedyna droga dla mnie, nie może być inaczej”[2].

W 1912 roku Stefan zaczął naukę w gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie. Na szczęście nie dostał się do gimnazjum państwowego. Był dumny, że jest uczniem szkoły Wojciecha Górskiego. Zamieszkał u swojego wuja na Mariensztacie i codziennie w drodze do szkoły przemierzał Nowy Świat. Były to jego pierwsze kroki w Warszawie. „W moich wspomnieniach szkoła Górskiego posiadała tak wielki autorytet społeczny i narodowy, że budziła swoisty patriotyzm szkolny. Zwłaszcza w mieście, które posiadało silne szkolnictwo państwowe. Mijanie na ulicy ucznia w czapce szkoły państwowej zawsze mobilizowało ducha wyższości i satysfakcji”.[i]

W gimnazjum Stefan był zwykłym chłopcem, zdolnym do różnych, nieraz nieobliczalnych wyczynów. Pewnego dnia razem z kolegami przeszedł po przęsłach budującego się Mostu Poniatowskiego na Saską Kępę. Nie stronił też od dziecięcych walk z rosyjskimi chłopcami o pryzmę żwiru w Ogrodzie Saskim. Kiedy po latach kogoś chwalono, że był taki porządny od początku życia, Ksiądz Prymas mówił z prostotą: „Ja taki porządny nie byłem, bo i ściągałem, i podpowiadałem”.

Do końca życia wspominał zdanie skierowane do niego przez wychowawcę w Gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie. Była to klasa bodaj III czy IV. Podczas jakiejś zabawy broniłem się przeciwko moim kolegom, jak umiałem (…). Mój wychowawca, nie znający widać moich „możliwości”, powiedział na sobotniej odprawie tylko tyle: Cicha woda brzegi rwie. Wiele mów słyszałem w tej szkole, ale niewiele mi z nich pozostało. To zdanie zapamiętałem, bo było powiedziane bardzo trafnie, z głęboką miłością do człowieka, którego chce się właściwie ustawić w życiu”[3].

Mocno wrył się w pamięć Stefana widok potężnego soboru prawosławnego. Wspominał po latach podczas uroczystej Mszy świętej, którą odprawiał Ojciec Święty Jan Paweł II podczas pielgrzymki do ojczyzny. „Krzyż wzniesiony na placu Zwycięstwa (…) był dla mnie ogromnym przeżyciem. Pamiętam bowiem moje lata szkolne 1912-1915. Idąc do Saskiego Ogrodu, często przechodziłem koło ogromnego soboru [cerkwi], który był ustawiony tam na polecenie cara, na znak zwycięstwa prawosławia w Warszawie. Taki był właśnie cel wzniesienia soboru, a zwłaszcza wysokiej kołokolni [dzwonnicy], która stała przy wylocie ulicy Królewskiej.

Gdy 2 czerwca 1979 roku podczas pobytu Ojca Świętego w Polsce siedziałem na placu Zwycięstwa i wsłuchiwałem się w słowa Papieża, miałem w oczach te dwa krańce polskiej rzeczywistości. W czasie nabożeństwa na placu zapytał mnie jeden z księży: o czym Prymas myśli? Myślałem wtedy o tym, jak potężne muszą być drogi Boże, aby doszło do tego, że Papież Kościoła rzymskokatolickiego sprawuje Najświętszą Ofiarę w miejscu, gdzie stał ołtarz prawosławnego soboru. Nikt z nas nie mógłby wymyślić tego naprzód[4].

Działania I wojny światowej przerwały naukę Stefana w Warszawie. Już w 1914 r. roku, gdy siedział w ławie szkolnej słyszał huk dział armatnich. W 1915 roku front odciął możliwość dojazdu po wakacjach z Andrzejewa do Warszawy. Kontynuował naukę w Łomży w Prywatnej Męskiej Szkole Handlowej, gdzie skończył czwartą i piątą klasę gimnazjalną. Zamieszkał na stancji u profesora Kęsickiego. Był to czas bardzo trudny: wojna, przemoc, głód. Z przejęciem opowiadał, jak Rosjanie, cofając się, niszczyli wszystko, palili nie tylko miasta i wsie, ale nawet zboże na polach. Wspominał, że jego szkolny kolega, później ksiądz Jan Tyszko nie wytrzymywał głodu. Wybrali się więc razem do miasta. Stefan wszedł do sklepu i prosił o kawałek chleba, bo kolega jest bardzo głodny. Właściciel sklepu – Żyd – dał chłopcom cały bochenek chleba, ubolewając: „Co to za czasy, co to za czasy, pan student jest głodny”. Czasami wyprawiali się po chleb przez most, do wsi Piątnica. Kawałki chleba chowali po kieszeniach, żeby im Niemcy nie zabrali.

Władze okupacyjne zabroniły przynależności do harcerstwa. Stefan nie posłuchał zakazu. Z dumą wspominał, że złapany przez Niemców podczas zbiórki w Lasach Drozdowskich otrzymał karę chłosty. To były, jak później mówił: „pierwsze cierpienia dla Ojczyzny”.


 

Seminarium i święcenia kapłańskie kleryk

W 1917 roku Stefan powiedział ojcu, że chce być księdzem. Ojciec – jak później wspominał Ksiądz Prymas – nie wyraził entuzjazmu, zapytał syna, czy zdaje sobie sprawę z tego, co to znaczy być księdzem. Udało się Stefanowi przekonać ojca. Zgodził się na pójście syna do małego seminarium, to znaczy do Liceum Piusa X we Włocławku. Po dwu latach nauki i zdaniu matury wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Tutaj otrzymał solidną formację intelektualną i duchową. Jak postępowa była ta formacja, świadczy choćby takie wspomnienie: „Jeszcze w 1921 roku, gdym był na pierwszym kursie filozofii w seminarium duchownym, to moi profesorowie włożyli mi do ręki pisma, które mi się mocno przydały: to był Kapitał– Marksa i kazali mi to czytać. I zdawałoby się: Po cóż tobie, człowieku to wiedzieć, po cóż tobie? (…) Ja sobie nieraz przypisuję to, że marksizm znam może nawet lepiej niż niejeden wybitny marksista”[5].

Jak wskazuje powyższa wypowiedź, Stefan uczył się w seminarium bardzo solidnie. Cała jego późniejsza formacja intelektualna ma podwaliny już w tym młodzieńczym okresie. Był człowiekiem wszechstronnej, głębokiej wiedzy. Bardzo dużo czytał i to nie tylko książek teologicznych.

W czasie rekolekcji przed święceniami kapłańskimi napisał sobie 10 punktów dotyczących jego życia wewnętrznego:


Timete Deum
  • Mów mało – żyj bez hałasu – cisza.
  • Czyń wiele, lecz bez gorączki, spokojnie.
  • Pracuj systematycznie.
  • Unikaj marzycielstwa – nie myśl o przyszłości, to rzecz Boga.
  • Nie trać czasu, gdyż on do ciebie nie należy: życie jest celowe, a więc i każda w nim chwila.
  • We wszystkim wzbudzaj dobre intencje.
  • Módl się często wśród pracy – sine me nihil facere [beze Mnie nic nie możecie uczynić].
  • Szanuj każdego, gdyż jesteś odeń gorszy: Bóg pysznym się sprzeciwia.
  • Omni custodia custodi cor tuum quia ap ipso vita procedit – [Wszelką mocą strzeż swego serca, ponieważ z niego wypływa życie].
  • Misericordias Dei in aeternum cantabo – [Miłosierdzie Boże na wieki wyśpiewywał będę].

Umocnieniem i przestrogą dla Stefana były słowa babuni wypowiedziane na kilka miesięcy przed święceniami w 1923 roku. „Poprosiłem ją o błogosławieństwo na drogę kapłańską. Ta prosta kobieta, żegnając mnie, powiedziała: Pamiętaj, jeżeli będziesz złym księdzem, to mi się na oczy nie pokazuj. (…) Do dziś dnia dobrze to pamiętam i nigdy nie zapomnę. Te proste, lecz zdecydowane słowa kobiety chrześcijańskiej miały wielkie znaczenie dla mojego osobistego życia” (27 V 1964).

Prawdziwą próbą wiary był dla Stefana czas święceń kapłańskich. Tak bardzo ich pragnął, tak się do nich przygotowywał. I oto zamiast do święceń musiał iść do szpitala z podejrzeniem o dur brzuszny. Okazało się, że było to poważne zapalenie płuc, jednak nie gruźlica, jak mylnie podają niektóre biografie. Warunki bytowe w seminarium były bardzo ciężkie, alumnom często dokuczał głód.

Drugi powód, dla którego ksiądz Stefan Wyszyński był święcony sam, to brak wieku kanonicznego. Miał dopiero 23 lata. Na jeden brakujący rok otrzymał dyspensę, ale musiał doczekać do dnia urodzin, to znaczy do 3 sierpnia. Często wracał myślą do tego dnia. Tak wspomina tę przedziwną uroczystość.

„Święcenia kapłańskie otrzymałem w kaplicy Matki Bożej w bazylice katedralnej włocławskiej w roku 1924. Byłem święcony sam – 3 sierpnia. Moi koledzy otrzymali święcenia 29 czerwca, a ja w tym dniu poszedłem do szpitala. Była to jednak szczęśliwa okoliczność, gdyż dzięki temu mogłem otrzymać święcenia w kaplicy Matki Bożej. Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń. Tak się wszystko układało, że tylko miłosierne oczy Matki Najświętszej patrzyły na ten dziwny obrzęd, który miał wówczas miejsce. Byłem tak słaby, że najwygodniej mi było leżeć krzyżem na ziemi, niż stać” (Stryszawa, 1 VIII 1965).

Po ludzku rzecz biorąc, ksiądz Wyszyński nie rokował wielkich nadziei. Inne jednak były plany Boże.„Pragnieniem moim było, aby móc w życiu przynajmniej kilka Mszy świętych odprawić. Bóg jednak dodał do tych lat wiele jeszcze innych, nieprzewidzianych, i On wyznaczył czas. (…) Od tamtej chwili czuję, że ciągnę nie swoimi siłami, tylko mocami Bożymi, dlatego niczego nie mogę przypisywać sobie, nie mogę zbyt dużo mówić o moim kapłaństwie, o tym, co miało miejsce w moim życiu, bo byłem tylko uległy Bogu.


 

Początek pracy kapłańskiej

Po święceniach ksiądz Wyszyński został wikariuszem przy katedrze włocławskiej. Jednocześnie był redaktorem diecezjalnego „Słowa Kujawskiego”. Pracował także jako prefekt w szkółce fabryki „Celuloza”, gdzie uczył dzieci religii. Szkółka – jak wspominał – mieściła się w zwykłej budzie, podczas gdy w fabryce obok robotnicy chodzili w białych kitlach, żeby nie zabrudzić maszyn. „Dzieci były blade, wynędzniałe, okutane we wszystkie łachy, jakie tylko można było znaleźć w domu. Na pewno więcej się tam nauczyłem sam niż zdołałem nauczyć dzieci. Próbowałem nowych metod nauczania – nie byłem prefektem z zawodu. Wykładałem wszystko z kredą w ręku i bawiłem dzieci rysunkami na tablicy. Cały wykład był w rysunkach”[6]. Często już jako Prymas wspominał te dzieci.

Po roku pracy przy katedrze włocławskiej ksiądz Stefan Wyszyński został skierowany na studia na KUL, na wydziale prawa kanonicznego. W tym czasie pracował na KUL-u ks. Antoni Szymański, prekursor katolickiej nauki społecznej w Polsce. Ta dziedzina wiedzy bardzo interesowała księdza Wyszyńskiego, dlatego uczęszczał także na wykłady w tzw. sekcji ekonomicznej na KUL. Później prof. Szymański wielokrotnie zapraszał księdza Wyszyńskiego na KUL, proponując mu kierownictwo katedry socjologii. Nigdy jednak do tego nie doszło, z różnych powodów, a przede wszystkim dlatego, że Ksiądz Prymas bardziej czuł się duszpasterzem niż naukowcem. Zachowało się wiele listów dotyczących tej sprawy.

Wielką łaską było dla księdza Wyszyńskiego bliższe spotkanie ze sługą Bożym ks. Władysławem Korniłowiczem, który był wówczas dyrektorem konwiktu w Lublinie. Księdzu Korniłowiczowi zawdzięczał bardzo dużo, do końca życia nazywał go ojcem. Jako kierownik duchowy nauczył on Stefana przede wszystkim postawy ufnego, dziecięcego otwarcia się na Boga i na człowieka.

W 1929 r. po obronie pracy „Prawo Kościoła do szkoły” uzyskał stopień doktora i odbył roczną podróż naukową do Austrii, Włoch, Francji, Belgii i Niemiec. Stypendium naukowe otrzymał prawdopodobnie dzięki księdzu Korniłowiczowi. Gdy ksiądz dr Wyszyński wrócił do diecezji włocławskiej, otrzymał stanowisko wikariusza parafii w Przedczu. Nie buntował się. Pokornie podjął to zadanie. Już w następnym roku został przeniesiony do katedry włocławskiej, wykładał w seminarium, był redaktorem „Ładu Bożego” i „Kroniki Diecezji Włocławskiej”. Prowadził też bardzo intensywną pracę społeczną. Działał w Chrześcijańskich Związkach Zawodowych, wykładał na Chrześcijańskim Uniwersytecie Robotniczym, organizował spotkania, pisał broszury o tematyce społecznej. Widział konieczność zmiany ustroju, przewidywał jego zmianę, ale jednocześnie ostrzegał przed złudzeniami bolszewizmu. W latach wielkiego kryzysu światowego był w centrum spraw robotniczych. Kardynał August Hlond powołał go w 1938 roku do Rady Społecznej przy Prymasie Polski.

Kontynuując pracę naukową, ksiądz Wyszyński zbierał materiały do pracy habilitacyjnej, której tematem miała być „Teologia doczesności”. Wojna przerwała tę pracę. Wszystkie materiały przepadły. Zniszczyli je Niemcy.


Wojenna tułaczka

Po wybuchu wojny ksiądz profesor Wyszyński na polecenie ordynariusza wyjechał z alumnami z ostatniego kursu do Lublina, w nadziei że tam front działań wojennych tak szybko nie dotrze i będą mogli ukończyć studia i przyjąć święcenia kapłańskie. Kiedy dotarli do Lublina, okazało się, że dwa dni wcześniej miasto zostało zbombardowane. Pojechali dalej na wschód. 17 września 1939 roku na Polskę uderzyła Armia Czerwona. Trzeba było wracać.

Gdy przybył do Włocławka, okazało się, że jest na liście osób imiennie poszukiwanych przez Gestapo. Błogosławiony biskup Michał Kozal wydał rozkaz, że ma natychmiast wyjechać z Włocławka. Tuż po wyjeździe Księdza Wyszyńskiego Niemcy aresztowali biskupa i bardzo wielu duchownych, zabrali ich do obozu w Dachau, a budynki seminarium zajęli i przeznaczyli je na szpital wojenny.

Ksiądz Wyszyński najpierw pojechał do domu rodzinnego, do Wrociszewa. Zaczęła się kolejna stacja drogi Wielkiego Piątku – wojenna tułaczka. Po pewnym czasie ksiądz Korniłowicz ściągnął go do Żułowa, do domu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Następnie był kapelanem w Kozłówce, w majątku państwa Zamojskich. Służył też okolicznej ludności, katechizował dzieci, wspierał partyzantów. Kolejnym miejscem wojennej tułaczki księdza Wyszyńskiego były Laski pod Warszawą. Tutaj był kapelanem Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz Zakładu dla Dzieci Ociemniałych. Był też kapelanem szpitala wojennego. Tutaj zetknął się z bliska z okrucieństwem wojny. Młodzi żołnierze szukali w nim oparcia. Dzielni na froncie, w cierpieniu byli jak dzieci. Prosili, żeby był przy operacjach. Spełniał ich prośby, umacniał na duchu.

Po zakończeniu wojny ksiądz Wyszyński wrócił do Włocławka. Powierzono mu zadanie zorganizowania seminarium. Budynek seminaryjny we Włocławku, zmieniony w szpital, wymagał remontu. Początki seminarium były w parafii w Lubrańcu. Zgłosiło się sześciu kleryków. Nie było funduszów na utrzymanie. Żywność przynosiła okoliczna ludność. Głęboko w serce księdza profesora Wyszyńskiego zapadła mała dziewczynka, która w dniu zbierania pieczywa przyniosła chleb. Była bardzo blada i biednie ubrana. Dziękował, mówiąc, że już jest wystarczająco dużo chleba. Prosił, żeby zabrała do domu. Zaprowadził ją do sali na dole, gdzie leżał chleb. Dziecko ze łzami w oczach powiedziało: „Ksiądz od nas nie chce chleba, bo my są biedni”; rzuciła bochenek na stół i uciekła. Długo nie mógł sobie darować, że niechcący taką przykrość wyrządził temu dziecku.

Uczył kleryków nie tylko teologii i prawa, ale też szacunku dla chleba. Jak wspomina jeden z ówczesnych seminarzystów – ksiądz Jan Kosek – pewnego razu ksiądz Wyszyński przyszedł do jadalni po śniadaniu. Kiedy zobaczył niedojedzone kawałki chleba zwołał wszystkich, powiedział o szacunku dla chleba, który ludzie ofiarowują, potem usiadł i zjadł te niedojedzone kawałki chleba. (11)

Wkrótce seminarium przeniosło się z powrotem do Włocławka, ale profesorowie uwolnieni z Dachau nie wracali. Pozostał jedynie ksiądz Wyszyński i kilku profesorów. 25 marca 1946 r. kardynał August Hlond wezwał księdza Wyszyńskiego do Poznania i oznajmił mu wolę Stolicy Apostolskiej, że ma być ordynariuszem diecezji lubelskiej.


Na stolicy biskupiej w Lubliniebp

Ksiądz Wyszyński – jak wiele razy później wspominał – był zaskoczony, poprosił o czas do namysłu. Nie czuł się przygotowany do takiego zadania, a poza tym trudno mu było zostawić seminarium, gdy jeszcze nie wrócili profesorowie. Rano kardynał Hlond zwrócił się do księdza Wyszyńskiego słowami: „Ojcu Świętemu się nie odmawia”. Ksiądz Wyszyński wyraził zgodę. Do końca życia wyrzucał sobie to, że nie zawierzył od razu.

„Człowiek nie jest nigdy dobrze przygotowany do zadania, które mu jest z nagła zlecone. I ja miałem wiele wątpliwości. Dlatego też ociągałem się z naśladowaniem Matki Chrystusowej, która od razu powiedziała: ’Oto ja służebnica Pańska’. Ja się na to tak szybko nie zdobyłem. Myślałem zbyt po ludzku, pamiętałem o własnej nieudolności, a zapomniałem o tym, co Bóg zdolny jest uczynić, posługując się takimi narzędziami, jakie On sobie wybiera”[7].

Czasami opowiadał o swoim biskupim posługiwaniu w Lublinie. Starał się otaczać serdeczną troską ludzi zgnębionych działaniami wojennymi. Jeździł po całej diecezji, docierał do najdalszych i najbardziej niebezpiecznych jej zakątków, wizytował parafie, bierzmował nieraz tysiące ludzi. Przez lata wojny było wiele zaniedbań. Drogi często były nieprzejezdne. Do wielu miejsc dojeżdżał konną bryczką. Nawiedzał też najbiedniejsze dzielnice Lublina, odwiedzał wiernych w ruinach domów. Potrafił w Wielki Piątek zajrzeć do knajpy w Lublinie, aby zapytać mężczyzn, co tam robią w takim dniu. Otrzymał rozbrajającą odpowiedź: „Nasze kobiety sprzątają, gotują, pieką ciasta, a my nie chcemy im przeszkadzać”. Widok biskupa w takim miejscu przyprowadził ich do trzeźwości. Biskup lubelski był oparciem ludzi prześladowanych politycznie, upominał się o więźniów, czynił wszystko, aby ratować ich od wyroków śmierci za udział w działaniach Armii Krajowej czy w oddziałach partyzanckich. Sam Bóg pomnażał jego siły i wyznaczał coraz trudniejsze zadania.

W roku 1948 umarł prymas August Hlond. Biskup Wyszyński zapisał w swoich notatkach: „Tak często radowałem się myślą, że w niezwykle trudnej sytuacji Kościoła w Polsce, błogosławieństwem jego jest Sternik, pewną dłonią prowadzący poprzez męki. Człowiek czuł się dziwnie spokojny w pobliżu prymasa Hlonda”[8]. Pisząc te słowa nie wiedział, że odtąd on będzie tym sternikiem prowadzącym Kościół w Polsce.

Z chwilą mianowania na arcybiskupa Gniezna i Warszawy zaczęła się dla Księdza Prymasa jedna z najtrudniejszych stacji drogi jego życia. Kiedy już dowiedział się, jaka jest decyzja Ojca Świętego, pojechał do Krakowa, do kardynała Adama Sapiehy, aby osobiście mu to powiedzieć. W relacji z tego spotkania w dniu 3 stycznia 1949 roku można wyczytać jak niełatwe to były dni: „Rozmowa moja z ks. Kard. Sapiehą była krótka. Powiedziałem, że wiadomości przywiezione przez biskupa Klepacza z Rzymu kładą kres naszym poczynaniom. Otrzymałem niemal rozkaz objęcia Gniezna i Warszawy. Kardynał martwił się moim zdrowiem. Ja miałem stokroć więcej powodów do zmartwień. Obydwaj byliśmy smutni. Ksiądz Kardynał zaprosił nas na obiad, w czasie którego podał do wiadomości kilku zebranym księżom nominację Prymasa. Radość obecnych ma formalny i bardzo higieniczny charakter. Mam wrażenie, jak gdybym dopuścił się przestępstwa. Postanowiliśmy z księdzem Wojciechem [Olechem] pozostać w Krakowie i nieco powłóczyć się po tym muzeum. Zwiedzaliśmy kościoły w milczeniu. Wiele czasu siedzieliśmy w kościele Bożego Ciała”. Pociąg do Lublina był o godzinie 22.00.

Do ingresu w Gnieźnie (2 lutego 1949 roku) pozostał w Lublinie. U progu roku 1949 napisał: „Zaczynam nowy rok pracy. Nie myślałem, że wypadnie mi w tym roku pożegnać Lublin (…).

Aleć jestem tylko Bożym chłopcem na posyłki.

Trzeba było zostawić Lublin i wyjechać. 31 stycznia 1949 roku zanotował: „Raz jeszcze rzuciłem okiem na te ściany wśród których czułem się tylko przechodniem. Przez okno wielkiego przedsionka dojrzałem otwarte drzwi Kurii i kilku księży wchodzących do wnętrza. Za chwilę sobie pojadę, a życie pójdzie dalej. Człowiek myślał, że jest jeszcze potrzebny, a Pan Bóg przypomina, że Duch Święty rządzi Kościołem. Zaraz minę bramę rezydencji biskupiej, niepewien dalszych losów tego domu, ale Pan Bóg już wszystko wie. Jak dziś na tym dziedzińcu, tak za ileś lat będzie w Gnieźnie czy w Warszawie. Dobra sposobność, by nie przeceniać siebie i by nie uważać, że bez nas Bóg sobie nie poradzi” (Pro memoria 1949-1953).

Wszyscy oczekiwali, jaki będzie ten nowy prymas. Kiedy zwrócił się do swoich diecezjan: Umiłowane Dzieci Boże, Dzieci moje! – wierni odetchnęli, poczuli, że mają ojca.


Pasterz Kościoła w Polsce

Posługę na stolicy prymasowskiej rozpoczął arcybiskup Stefan Wyszyński w bardzo trudnej sytuacji zniewolenia Ojczyzny i Kościoła przez reżim komunistyczny. Już w liście na dzień ingresu napisał, z jakim programem przychodzi.

„Idę, by zwiastować wam Ojca waszego, który jest w niebie, by opowiadać wam dziwy Boże, by głosić wam miłość, pokój i dobro, by wszczepiać w dusze wasze nowe życie łaski Bożej, by serca otuchą krzepić, by wołać Sursum corda! „Wzmocnijcie ręce opadłe, a kolana omdlałe pokrzepcie! Rzeczcie bojaźliwym: Wzmocnijcie się, a nie bójcie się” (Iz 35,3.4). Podobnie później Ojciec Święty Jan Paweł II zacznie swój pontyfikat słowami „Nie lękajcie się”.

Czyż mam jeszcze obowiązek przedstawiać się wam. Nie jestem ci ja ani politykiem, ani dyplomatą, nie jestem działaczem ani reformatorem. Ale natomiast jestem ojcem waszym duchowym, pasterzem i biskupem dusz waszych, jestem apostołem Jezusa Chrystusa. Posłannictwo moje jest kapłańskie, pasterskie, apostolskie, wyrosłe z odwiecznych Bożych myśli, ze zbawczej woli Ojca, dzielącego się radośnie szczęściem swoim z człowiekiem.

Kard. Stefan Wyszyński

Wszyscy oczekiwali, jaki będzie ten nowy prymas. Kiedy zwrócił się do swoich diecezjan: „Umiłowane Dzieci Boże, Dzieci moje” wierni odetchnęli. Świadkowie ingresu mówią: Poczuliśmy, że mamy ojca.

W czasach zmagania się mocy Bożych i mocy ciemności na pierwszym miejscu postawił troskę o ludzi, nie o sukces polityczny. Szukał rozwiązań na miarę wiary i roztropności, aby nie zginął żaden człowiek z jego winy, aby naród nie poddał się nienawiści.


Porozumienie

Rozeznając sytuację Kościoła w tym trudnym momencie historii, gdy nie było w państwie żadnej umowy prawnej – konkordat został zerwany przez władze komunistyczne 12 września 1945 r., kardynał Wyszyński postanowił zawrzeć porozumienie z rządem.

Zostało ono podpisane 14 kwietnia 1950 roku. Dokument ten określał modus vivendi Kościoła i państwa. Porozumienie budziło wiele kontrowersji. Ksiądz Prymas był oskarżany o kolaborację z rządem komunistycznym. Z niepokojem jechał do Rzymu w 1951 roku. Ojciec Święty Pius XII okazał mu pełne zaufanie. Z wdzięcznością przyjął on słowa papieża: „Polonia fara da se” – „Polska da sobie radę. Trudniej było przekonać pracowników Sekretariatu Stanu. Wspominał Ksiądz Prymas swoje rozmowy z kardynałem Domenico Tardinim, jak obrazowo tłumaczył mu: „Budzi się Eminencja, a tu w pokoju siedzi lew. Nie zapraszał go Eminencja do siebie. Nie ma broni. I co Eminencja zrobi? Rzuci się na tego lwa z gołymi rękami? Czy będzie Eminencja spokojnie robił swoje, nie spuszczając z oka tego lwa? Zamyślił się Kardynał i z przejęciem powtarzał: Leone, leone…”

Z wielką cierpliwością i poszanowaniem prawdy przedstawiał kardynał Wyszyński sytuację Polski na Watykanie. Kiedy jednak w lutym 1952 r. środowisko PAX-u zaapelowało do Ojca Świętego i Sekretariatu Stanu w imię rzekomej obrony polskiej racji stanu, a nawet i Kościoła polskiego, wówczas Prymas Wyszyński ostro zaprotestował mówiąc:„(…) na obronę Kościoła polskiego kosztem Ojca Świętego zgodzić się nie możemy. Obrona Kościoła musi liczyć się z tym, czym jest Kościół, a Kościoła bez Głowy nie ma. Nie wolno więc spodziewać się, że godząc w Głowę Kościoła zdoła się uratować Kościół polski”[10].

Kopiowanie-z-prymasW listopadzie 1952 roku prymas Wyszyński został ogłoszony kardynałem. Nie mógł pojechać w styczniu 1953 roku na konsystorz, ponieważ władze państwowe nie wydały mu paszportu. Prasa komunistyczna prześcigała się w oskarżeniach. W „Dzienniku Polskim” z dnia 6 stycznia 1953 roku czytamy: „Nie mogąc nic konkretnego zarzucić Prymasowi Wyszyńskiemu, komuniści atakują ogólnie Watykan i hierarchię polską, twierdząc, że z okazji «kardynalskiego kapelusza Watykan i reakcyjne duchowieństwo prowadzić będzie wzmożoną działalność antypolską».

«Zgraja imperialistycznych politykierów spodziewa się, że w cieniu kardynalskiego kapelusza będzie mogła tym łatwiej podburzać przeciwko władzy ludowej i spotęgować antypolską działalność reakcyjnej części hierarchii kościelnej», atakuje kardynała Wyszyńskiego i twierdzi, że Prymas Polski nic nie zrobił dla Polski podczas ostatniej wizyty w Watykanie, i zapytuje, po co teraz ma jechać. Reżimowe radio warszawskie twierdzi, że Prymas Wyszyński został kardynałem «w nagrodę za popieranie antypolskiej i proniemieckiej polityki Watykanu».

«Trybuna Ludu» łączy sprawę kardynalstwa Prymasa Polski z rzekomo istniejącą «siecią szpiegostwa watykańskiego» i pisze, co następuje: «Na uprawianie szpiegostwa, dywersji, czarnogiełdziarskich machinacji przez rozmaitych dygnitarzy kościelnych, pod osłoną kurii biskupich, władza ludowa nie pozwoli. Tego rodzaju przestępcza działalność będzie z całą bezwzględnością likwidowana»” (ks. Peszkowski, Ojciec, str. 9,10).

Rząd nieustannie łamał postanowienia zawarte w „Porozumieniu”. 9 lutego 1953 roku władze wydały dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Wobec takiego bezprawia i próby ingerencji w jurysdykcję kościelną Episkopat Polski na czele z prymasem Wyszyńskim wystosował 8 maja 1953 r. memoriał do rządu: „Non possumus”. Ten fakt ostatecznie przyczynił się do aresztowania Księdza Prymasa.(polska prasa)


Trzy lata uwięzienia

25 września nocą kardynał Wyszyński został aresztowany i wywieziony z Warszawy. Był uwięziony przez 3 lata – w Rywałdzie, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku i wreszcie w Komańczy. Jego „Zapiski więzienne” świadczą o tym, że nawet w niewoli był człowiekiem wolnym. Jego plan dnia świadczy o heroicznym męstwie w codzienności.

„Ustala się nasz tryb życia w Stoczku jak następuje:
5.00 Wstanie.
5.45 Modlitwy poranne i rozmyślanie.
6.15 Msza święta księdza Stanisława.
7.00 Moja Msza święta.
8.15 Śniadanie i spacer.
9.00 Horae minores i cząstka różańca.
9.30 Prace osobiste.
13.00 Obiad i spacer (druga cząstka różańca).
15.00 Nieszpory i kompletorium.
15.30 Prace osobiste.
18.00 Matutinum cum Laudibus.
19.00 Wieczerza.
20.00 Nabożeństwo różańcowe i modlitwy wieczorne.
20.45 Lektura prywatna.
22.00 Spoczynek.”
                                      (Zapiski więzienne 20.10.1953, str. 42)

Był pilnowany przez kilkudziesięciu strażników, funkcjonariuszy UB. Współczuł im tego bezsensownego zajęcia. W wieczór wigilijny poszedł do nich z opłatkiem. Miał głęboką świadomość przemocy i niesprawiedliwości, pisał listy do władz protestując przeciwko bezprawiu, a jednocześnie modlił się za swoich wrogów, przebaczał im i wierzył, że Bóg i tak zwycięży.

Bolesny i dramatyczny czas uwięzienia kardynał Wyszyński uważał za wielką łaskę. To była jego pustynia, na której spotkał się z Bogiem do głębi swojej istoty. W odosobnieniu, w Komańczy, 16 maja 1956 roku napisał Jasnogórskie Śluby Narodu. Przewiezione potajemnie na Jasną Górę zostały uroczyście złożone 26 sierpnia 1956 roku. Na Jasną Górę przybyła milionowa rzesza pielgrzymów. Prymas składał śluby w niewoli. Był to dla niego wielki ból i prawdziwa ofiara. W Zapiskach więziennych zostawił takie słowa:

„26 sierpnia 1956
Dzień Ślubów Narodu na Jasnej Górze. Teraz wiem prawdziwie, że jestem Twoim, Królowo świata i Królowo Polski, niewolnikiem. Bo dziś, w dniu wielkiego święta Narodu katolickiego, każdy, kto tylko zapragnie, może stanąć pod Jasną Górą. A ja mam pełne do tego prawo, mam święty obowiązek i któż tego goręcej pragnie niż ja? A jednak, mając tak potężną i tak dobrą Panią, mam zostać w Komańczy.
Przecież to z Twojej woli! Nikt takiej Potędze oprzeć się nie zdoła. Tylko my dwoje, Matko, możemy chcieć jednego. W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas, że ma się stać wola Twoja. W tym jest Twoja wielka moc, której ja ulegle się poddaję, jako całkowity niewolnik Najpotężniejszej Królowej. Bądź uwielbiona w tej mocy, którą mi dajesz, bym w pełni uznał, że największa moc i miłość jest w tej uległości.
To jest Twoje królowanie nade mną. Uczyniłem co mogłem dla Twojej chwały: przygotowałem w dniu 16 maja tekst Ślubowania, napisałem adoracje stanowe: dla kapłanów, dla młodzieży, dla mężów i matek. Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich. Modliłem się o największą chwałę Twoją na dziś. Chciałem ją zdobyć za cenę mojej nieobecności. Ufam, że Królowa Niebios i Polski dozna dziś wielkiej chwały na Jasnej Górze. Jestem już w pełni spokojny. Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu.” (Zapiski więzienne)

ale wkrótce nadszedł czas wolności. Uwolniony 28 października 1956 roku na prośbę władz przybył bezpośrednio do Stolicy, aby uspokoić społeczeństwo polskie, żeby nie powtórzyła się w Polsce sytuacja Węgier.

Wyjście prymasa Wyszyńskiego z więzienia nie oznaczało końca prześladowania Kościoła. Nie ustawały najrozmaitsze szykany: konfiskata dóbr kościelnych i domów zakonnych, podatki, zabieranie kleryków do wojska, wyrzucenie religii ze szkół, zdejmowanie krzyży. Prymas Wyszyński protestował, upominał się o prawa Kościoła, nigdy jednak nie zmierzał do konfrontacji zbrojnej. Liczył na pomoc Matki Najświętszej. Żył słowami testamentu kardynała Hlonda: „Pracujcie i walczcie pod opieką Matki Bożej. Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Najświętszej Maryi Panny”. Treść Ślubów stała się programem duszpasterskim 9 lat Wielkiej Nowenny.


Na przełęczy dziejów

Rok milenijny – 1966 – wielki jubileusz Tysiąclecia Chrztu Polski był egzaminem wiary dla naszego narodu. Uroczystości jubileuszowe były obchodzone w całej Polsce, we wszystkich diecezjach. Tysiące ludzi na ulicach, na placach. W roku milenijnym Polacy poczuli się wolni, pękła bariera strachu.

Komuniści, uzależnieni od Moskwy, nie ustępowali. Na centralną uroczystość 3 maja 1966 roku pragnął przyjechać na Jasną Górę Ojciec Święty Paweł VI. Władze komunistyczne zamknęły przed nim granice Polski. Żadna delegacja zagraniczna nie mogła przyjechać na uroczystości milenijne do Polski.

Przed milenium, a czasie soboru biskupi polscy przekazali listy o uroczystościach milenijnych 56 episkopatom, wśród nich znalazł się list do biskupów niemieckich. Był to pierwszy krok ku pojednaniu po II wojnie światowej. Władze polskie zrobiły z tego faktu pretekst do ataku na biskupów, a szczególnie na prymasa Wyszyńskiego. Nazwano go zdrajcą, szpiegiem, organizowano protesty w szkołach, na uniwersytetach, w miejscach pracy, zarzucano Sekretariat Prymasa tysiącami listów i protestów. To była kolejna stacja na jego wielkopiątkowej drodze.

Szczególnym widowiskiem nienawiści stały się uroczystości milenijne w Warszawie 24 czerwca 1966 roku. W drodze na te uroczystości w Liksajnach milicja odebrała Księdzu Prymasowi obraz Nawiedzenia. Wóz milicyjny przywiózł obraz do katedry warszawskiej zamiast na uroczystość do kościoła św. Stanisława Kostki. Całe Stare Miasto, wszystkie uliczki zablokowały grupy podpitych, zwiezionych z różnych stron Polski partyjnych bojówkarzy, którzy uniemożliwiając dojście do katedry skandowali: „Nie przebaczamy, nie przebaczamy”. A Prymas, spokojne szedł na czele procesji biskupów z kościoła św. Anny do katedry św. Jana i błogosławił. Tam prosił wiernych, aby nie poddawali się nienawiści. Mówił: „Oto Naród ochrzczony na przestrzeni swoich dziejów, dziś patrzący w jutro (…) Jako wyposażenie na przyszłość bierze naukę o wysokiej godności każdego człowieka: wspaniałego czy sponiewieranego, potężnego czy nieudolnego wraz ze wskazaniem: Będziesz miłował bliźniego swego (Mt 22,39). I to każdego! Tego, co ma serdeczne oczy i tego, który ma oczy szklane. Tego, co ma żar w piersi i tego, co nosi w sercu kamień. Tego, który ma ku tobie wyciągniętą braterską dłoń i tego, który cię dźga oczyma. Każdego! (…) Ciągle was pouczam, że ten zwycięża – choćby był powalony i zdeptany – kto miłuje, a nie ten, który w nienawiści depcze. Ten ostatni przegrał. Kto nienawidzi – już przegrał! Kto mobilizuje nienawiść – przegrał! Kto walczy z Bogiem – przegrał! A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi podeptany – kto miłuje i przebacza, kto – jak Chrystus – oddaje serce swoje, a nawet życie za nieprzyjaciół swoich”[11].

Byłam świadkiem trudnej do zrozumienia sceny nienawiści przed rezydencją Księdza Prymasa w Warszawie przy ul. Miodowej. Grupa komunistycznych bojówkarzy krzyczała „Wyszyński do Rzymu!” „Precz!” „Zdrajca!” Płonące pochodnie wrzucali przez zamkniętą na szczęście bramę na dziedziniec domu prymasowskiego. Z przerażeniem myślałam: Dlaczego tak? Za co? Jak Ksiądz Prymas to przeżyje? Łudziłam się, że może nie widzi tej eksplozji nienawiści. Później dowiedziałam się, że jednak widział, stał w oknie, w lewym skrzydle rezydencji, w tzw. sali dziekanów, i błogosławił krzyczącym.

W ten sposób Prymas Polski uczył ducha przebaczania i dialogu społecznego, wychowywał naród do solidarności. Kiedy Ojciec Święty Jan Paweł II wołał później na placu Zwycięstwa w Warszawie w 1979 r.: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi” – Ojczyzna była już przygotowywana do przyjęcia tych słów, aby wydały owoc.

Prześladowany przez władze prymas Wyszyński przez społeczeństwo był nazywany Ojcem Narodu i tak przyjmowany. Nie były to puste słowa. On naprawdę troszczył się o naród jak ojciec. Często brał na siebie odpowiedzialność. Po wypadkach marcowych w 1968 r. mówił w katedrze warszawskiej: „Ja, biskup stolicy, jakże boleśnie przeżywam to «widowisko» – bo inaczej nazwać tego nie mogę. Cóż mi pozostaje? Chyba wam przypomnieć, najmilsze dzieci, abyście wybronili własne serca, myśli i uczucia przeciwko potwornej nienawiści i kłamstwu, które się dzieje na naszych oczach. Abyście mieli odwagę bronić swego prawa do prawdy, miłości, szacunku wzajemnego i sprawiedliwości, do jedności Chrystusowej i pokoju Bożego! Tylko to nas uratuje! Nic innego nie da nam ratunku w naszej Ojczyźnie (…).

Gdybym zdołał to uczynić, jak pragnę tego sercem, to upadłbym w tej chwili na kolana przed wszystkimi znieważonymi w naszej Ojczyźnie i prosiłbym: Bracie, odpuść!… odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią!… Bo jeszcze nie rozumieją prawa miłości. A my chcemy się rządzić prawem miłości! Ogłosiłem wam Społeczną Krucjatę Miłości. Powiedziałem z tej ambony: Pragnąłbym, aby Stolica stała się Miastem pięknej miłości dla całej Polski, bo tylko to gwarantuje pokój, prawdę i wolność.

Ale gdy klękam duchem przed wszystkimi znieważonymi i proszę, aby ratowali swą miłość, która jest ratowaniem własnego człowieczeństwa, klękam i przed tymi, którzy znieważali i znieważają słowem i czynem. Tym bardziej mówię do nich: Przyjacielu!… Przyjacielu!… – jak mówił Chrystus do ucznia, który Go całował… Przyjacielu, co czynisz? I Ciebie też przepraszam, że znieważyłeś swoje człowieczeństwo kłamstwem i dopuszczoną do serca nienawiścią. I Ciebie przepraszam…”[12].

Od początku prymas Wyszyński był znienawidzony przez władze, a kochany przez naród. Opowiadał, jak studenci podnosili auto razem z nim. Ale i on potrafił czekać na nich w czasie wizytacji do późnych godzin wieczornych, gdy wreszcie po przedłużonych zajęciach mogli przyjść. Otaczał troską nie tylko wierzących i przychodzących do kościoła, ale też tych, którzy uważali się za wrogów albo pobłądzili na drogach życia. Uczył przebaczenia i bezwarunkowej miłości. „Całe nasze życie – mówił – tyle jest warte, ile jest w nim miłości” (Nauczanie społeczne 891 15. 08. 1979).

Krzyż w życiu kardynała Wyszyńskiego był nie tylko znakiem cierpienia, ale i wielkiej miłości Boga przezwyciężającej grzech i nienawiść. Krzyż ukazywał jako znak nadziei. Największe zwycięstwo jego wiary to wybór Ojca Świętego Jana Pawła II, który po wyborze powiedział: „Czcigodny i Umiłowany Księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu, co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża Polaka, który dziś pełen bojaźni Bożej, ale i pełen ufności rozpoczyna nowy pontyfikat, gdyby nie było Twojej wiary, nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twojego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry – i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem.”

Można powiedzieć, że obrazem drogi życia kardynała Wyszyńskiego jest wiersz Norwid:

„Krzyż i dziecko”.

Ojcze mój! Twa łódź
Wprost na most płynie –
Maszt uderzy! … Wróć …
Lub wszystko zginie…
Patrz! Jaki tam krzyż,
Krzyż niebezpieczny…
Maszt się niesie wzwyż,
Most mu poprzeczny.
– Synku! Trwogi zbądź!
To znak zbawienia!
Płyńmy! Bądź co bądź…
Patrz, jak się zmienia!
Oto – wszerz i wzwyż
Wszystko – to samo.
– Gdzież się podział krzyż?
– Stał się nam bramą!

C.K. Norwid

[2] Człowiek niezwykłej miary, str. 14, 15
[3] Warszawa, 1.09.1977
[4] Warszawa, 30.03.1968
[5] Człowiek…, str. 115
[6] Włocławek, 18.09.1974.
[7] Warszawa, 29.12.1963.
[8] Jasna Góra, 12.05.1971.
[9] Pro memoria, Lublin, 22.10,1948.
[10] T.14 (1971).
[11] Pro memoria, 12.02.1952.
[12] Warszawa, 24.06.1966
[i] Warszawa, 1 IX 1977

Log In or Create an account